Albo wszystko, albo też wszystko

Ha! Znowu minął miesiąc i wątpliwości, które tak okrutnie dręczyły mnie w listopadzie nie zniknęły nic a nic, ani też nie zmniejszyła się ich bolesna dokuczliwość. Jednakże wobec cieniutkich miauczeń, które po kabelku dobiegają do mnie z różnych stron naszego pięknego kraju, zdecydowałem się nie rozszerzać straszliwej listy rozterek, które panoszą się w urokliwym skądinąd d'duszy pejzażu.

Ha! Znowu minął miesiąc i wątpliwości, które tak okrutnie dręczyły mnie w listopadzie nie zniknęły nic a nic, ani też nie zmniejszyła się ich bolesna dokuczliwość. Jednakże wobec cieniutkich miauczeń, które po kabelku dobiegają do mnie z różnych stron naszego pięknego kraju, zdecydowałem się nie rozszerzać straszliwej listy rozterek, które panoszą się w urokliwym skądinąd d'duszy pejzażu.

Pierwotny plan zakładał progresywną kontynuację głębinowych dylematów

artystyczno-ekonomiczno-technologiczno-etycznych w najbliższych siedemdziesięciu trzech odcinkach Publisha, jednak (potwierdzający moje najbardziej przerażające domniemania) tępy fakt skutecznej odporności na rzeczywistość wśród znaczącej części publiczności (reagującej sposobami pośrednimi), definitywnie* położył kres tej - jakże pięknie zapowiadającej się - kampanii na rzecz krzewienia, krzepienia, krzesania itd., - koniec, kropka, szlus.

Być może zauważyli Szanowni Państwo pewien huczek, szumek, czy jak go tam zwać - harmider wokół nowego pudełka sprokurowanego w okolicach Cupertino. Takie srebrzysto-szarawe, fotoszopowo można by nazwać "translucentne" skrzyneczko z uchami na czterech rogach (zamiast haftów), które w najpierwszej refleksji przywodzi mi na myśl gustowną limuzynę zaparkowaną na końcu niewielkiej, dyskretnej uliczki, tyle że wykonaną w charakterystycznej technice dmuchanego plastiku, jaką miał może Szanowny Pan okazję zaobserwować onegdaj, przy okazji stosowania w celach rozrywkowych atrakcyjnych zabawek produkcji radzieckiej, przedstawiających czołgi lub transportery opancerzone w stonowanych kolorach mgły, błota i kurzu. Jednakowoż lata płyną i technologia nieuchronnie posuwa nas naprzód, więc i finalny "sznyt" jest o jakżeż piękniejszy, och! aż do glancu. Błyska bowiem ta skrzynka niemożebnie. I nie kończą się na lśnieniu zalety magicznego pudełeczka.

Interkontynentalne zachwalania, że to cud, proszę Pana, że gigaflopy, że Pentagon zgodę wyrażać się waha, że takie śliczne, że niesamowita architektura, że portyki i balaski, a kolumienki, balkoniki, że czar megaherców, że zaawansowanej grafiki (ciekawe, jakaż ona jest, ta zaawansowana grafika) porty, że taki nieprzeciętnie wygodny i taki niedrogi, i że można go sobie już zaraz, już teraz - na własność.

Proszę Pani, drobiazg, parę tysięcy dolarów i może go mieć Pani naprawdę już zaraz, nieomal od ręki.

Swego czasu, szczytem marzeń był IIci, taktowany grzecznie na 25 MHz. Dysk tam był, drogie dziecko, na całe sto megabajtów, a RAM-u nadzieńdobry montowano nawet 16 MB, więc to profesjonalna sprawa. Teraz w zbliżonej cenie (jeśli z telewizorem w komplecie) jest dysk dwudziestogigowy, jedna kość RAM-u (128) i procesor 350 lub szybszy, wbudowany ZIP i DVD. Wychodzi na to, że chyba warto zainwestować. Chyba, no bo może lepiej jeszcze poczekać szydełkując z pięć lat - będzie znów za osiem kilo, ale kosmos już absolutny.

No więc, Droga Pani, stoi pod stołem to cudo i ambiwalencji szpony szarpią mną znów i znów (jak zwykle zresztą). No bo co, u licha, taki super-hiper, a żeby naprawdę dało się na nim pracować trzeba założyć czapeczkę i płaszczyk (bo chłodniej jakby) i wybraćĘsię do banku złożyć kilka kolejnych zleceń przelewów na najbliższe lata. Nie ma SCSI Đ a do czego podepnę nagrywarkę, zewnętrzny dysk, skaner i archaiczny ale wciąż żywy SyQuest? Nie ma ADB - a do czego podepnę dongla i kalibrator? Nie ma serialnych - a do czego podepnę starą (ale jarą) drukarkę i tablet? O modemie nic nie mówię, bo to cudo ma własny, wbudowany - taki cieniutki plasterek.

Stoją przed szczęśliwym posiadaczem najnowszej zabawki takie oto możliwe drogi postępowania: Primo: jestem obrzydliwie bogaty i nic mnie nie wzrusza - kupuję nowy dysk zewnętrzny w technologii "płonącego druta", nową nagrywarkę, drukarkę, tablet i skaner - wszystko USB, a stary sprzęt rozdaję wśród pięknych, ale ubogich kuzynek. Opcja druga: cały stary sprzęt zbywamy na rzecz osobnika zwanego "jeleniem" za najlepsze pieniądze, które pozwolą nam zrekompensować około 1Ú23 kosztów dodatkowego ekwipunku jaki trzeba zamówić. Tertio: zagryzam kłykcie do krwi, rzucam taksówki, papierosy, kawę, kino, ser, mleko, czekoladę i pozostałe ekstrawagancje, a za uzyskane tą drogą oszczędności kupuję hub serial/ADB, kartę SCSI i widzę jak się moce obliczeniowe lśniącego cudeńka rozpraszają po emulowanych oszukaństwach kombinowanej konfiguracji.

Kiedy już załatwi Pan kwestię peryferiów, pozostaje jeszcze tylko dokupić mysz USB, którą udaje się klikać w mniej-więcej przewidywalny sposób (bo iMacowy, okrągły przedmiot, jaki można znaleźć wśród półprzejrzystych gadżetów dołączonych w prezencie jest jak znalazł na choinkę) oraz takąż klawiaturę, co ma odpowiednią do pracy ilość i rozstawienie klawiszy. Ze wstydem przyznaję, że nie mam najbledszego wyobrażenia do czego może posłużyć ciasna i niekompletna klawiatura "nowego stylu". Jakoś wedle okna szukałbym zastosowania (bo też prześwituje) ale nie wiem dokładnie ani jak, ani czemu takie upomnienie pierworodnego grzechu tam uczepić.

Kończę ten liścik do Pani bo kartka się kończy, a pisałbym jeszcze, albowiem onaż nowa zabawka gites jednak jest. Przesiadając się z ProG3-466 na G4-400 oczekiwałem, że będzie może jednak troszkę wolniej. Atoli jest inaczej Đ inny plasterek wibruje na innej płycie, kręcąc innym dyskiem. Otóż jest mocno lepiej, i jeżeli tylko li Łaskawego Pana którażkolwiek z pomienionych (lubo lepszych) opcji nęci - baaardzo to lśniące pudełko Szanownej Pani polecam.

*) starożytna figura retoryczna z okolic centralnej Krętej, mówiąca o pasterskich sposobach wydobywania pewnego szczególnego dwudźwięku z instumentu zwanego eidolofonem.


Zobacz również