Berlusconi chce zabrać święta

Premier Włoch 26 marca br. miał ciężki dzień. Musiał zmierzyć się z trwającym cztery godziny strajkiem generalnym. Trzy lata temu, w swojej kampanii wyborczej, Silvio Berlusconi obiecywał cud gospodarczy. Teraz setki tysięcy Włochów wyszło na ulice z pytaniem: gdzie ten cud? Związki zawodowe twierdzą, że w 50 demonstracjach wzięło udział łącznie ponad milion osób.

Strajk został ogłoszony w proteście wobec reform emerytalnych rządu. Zmienił się jednak w ogólny protest przeciwko sytuacji gospodarczej. Okazało się, że będąca w kiepskiej formie włoska gospodarka martwi mieszkańców Italii bardziej niż niepopularne reformy rządu. Istotnym tłem dla omawianych wydarzeń są zbliżające się wybory do parlamentu włoskiego i europejskiego, których wyniki mogą przesądzić o losie rządu Berlusconiego. Jedynym powodem, dla którego ktoś o tak wątpliwej politycznej reputacji jak Berlusconi mógłby te wybory wygrać, jest jego skuteczność w prowadzeniu własnych interesów – jako wyjątkowo zaradny biznesmen mógłby nadać tempo rozwojowi gospodarczemu. Ale Włochy pod jego rządami wciąż pogrążone są w ekonomicznej stagnacji. Wyborcy nie mogą mu tego wybaczyć, zwłaszcza, że reszta Europy i świata zdaje się już powoli z kryzysu wychodzić.

Początkową odpowiedzią premiera na strajk było odnowienie obietnicy obniżenia najwyższej stawki podatku dochodowego z 45% do 33%. Później dodał następną: obcięcie liczby świąt państwowych. Po protestach, m.in. Kościoła (z 12 świąt państwowych we Włoszech, siedem to święta katolickie) zaproponował przeniesienie dni wolnych na początek lub koniec tygodnia, tak aby pracownicy nie brali dodatkowych dni wolnych, zwanych ponti (czyli mosty). "Mamy za dużo świąt państwowych. Włosi powinni więcej pracować" – brzmiały słowa premiera na spotkaniu ze stowarzyszeniem właścicieli sklepów.

To z pewnością podniosłoby – przynajmniej w niewielkim stopniu – wydajność pracy. Włosi mają w tej chwili 12 dni takich świąt w roku (dla porównania Japończycy 15, Hiszpanie 14, Polacy 10). Trudno jednak nazwać to reformą gospodarczą. Obniżenie podatków miałoby znacznie większe znaczenie. Jeśli Berlusconi nie obniży do 2006 roku stawek podatku dochodowego do 33% i 23%, może zapomnieć o starcie w kolejnych wyborach. Do początku maja br. planuje więc przedstawić plany cięć wydatkowych w wysokości 6 mld euro, które posłużą sfinansowaniu pierwszej tury redukcji podatków.

Przedstawiciele związków zawodowych zwracają uwagę, że obecna stagnacja gospodarcza jest najdłuższa w powojennej historii Włoch - trwa już 36 miesięcy. Problemy ma przemysł, rolnictwo, nie rozwijają się usługi. Handel dotkliwie odczuwa spadek konsumpcji. "Możemy wymienić 1,5 tys. przykładów kryzysów w firmach, które zatrudniają łącznie 200 tys. pracowników. W styczniu br. produkcja przemysłowa spadła o 6%. Pogarsza się sytuacja na rynku pracy" – powiedział Gugliemo Epifani, sekretarz generalny jednego z największych związków zawodowych Confederazione Generale Italiana del Lavoro.

Włoską specyfiką jest nacisk jaki kładzie rząd na wyasygnowanie budżetowych środków na uratowanie drużyn piłkarskich i zwolnienie ich z zaległych obciążeń podatkowych. Włosi są fanatycznymi miłośnikami piłki nożnej, ale tym razem przedstawiciele związków zawodowych są takim pomysłem oburzeni. "Miejcie odrobinę przyzwoitości... Niektórzy nie są w stanie związać końca z końcem, są osoby, które pracują, a mimo to nie są w stanie płacić rachunków" – zwrócił się do rządu Savino Pezzotta, sekretarz związku zawodowego Confederazione Italiana Sindacati Lavoratori.

W kwestii reformy emerytalnej Berlusconi pozostał nieugięty. "Reforma systemu emerytalnego została już opracowana i skierowana pod obrady parlamentu. Liczymy na to, że zostanie szybko przyjęta" – powiedział podczas konferencji prasowej. Zapowiedziano wprawdzie rozmowy ze związkami zawodowymi, ale rząd twierdzi, że przy tworzeniu projektu reformy wziął pod uwagę 90% żądań związkowców. "Sądzę, że rząd będzie miał siłę i determinację wystarczającą do zakończenia reform" – zapowiedział Roberto Maroni, minister ds. polityki socjalnej.

Jednak problem włoskiego wzrostu gospodarczego, a raczej jego braku, jest dużo poważniejszy niż kwestia reform emerytalnych czy zwalniania z podatków klubów piłkarskich, nie mówiąc już o skracaniu świąt. Francesco Giavazzi z Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie uważa, że "kwestia potencjału wzrostu Włoch to sprawa ostatnich 30 lat. Po dobrym okresie związanym z boomem naftowym w latach 1970., nastąpił czas nadmiernych wydatków publicznych w latach 1980. i dewaluacja w latach 1990. Teraz błędy gospodarcze wynikające z nieprawidłowych struktur są coraz bardziej odczuwalne". Jeśli znany ekonomista ma rację, nawet obniżki podatków nie zdołają rozwiązać włoskich problemów, a strajki, z których Italia słynie, będą się powtarzały coraz częściej.

Na podstawie Corriere della Sera, Il sole 24 ore, The Economist


Zobacz również