Biurokracja utrwala biedę

Złe przepisy są poważnym hamulcem w rozwoju gospodarczym, zwłaszcza najuboższych państw - pisze The Economist.

Bank Światowy opublikował badanie "Doing Business in 2005". Wynika z niego, że biurokracja i absurdalne przepisy to jedna z głównych przeszkód na drodze wzrostu niemal wszystkich biednych krajów.

Żeby zarejestrować nową firmę na Haiti potrzeba 203 dni, o 201 dni więcej niż w Australii. W Sierra Leone założenie spółki kosztuje 1268% przeciętnego rocznego przychodu na głowę mieszkańca, a dla porównania w Danii nie kosztuje nic. W Etiopii żeby rozpocząć działalność gospodarczą należy zdeponować równowartość 18-miesięcznego przeciętnego przychodu na koncie bankowym, które następnie zostaje zamrożone. Tego typu przepisy bogate państwa już dawno odrzuciły, po próbach, które wykazały, że nie tylko nie przynoszą żadnych korzyści, ale drastycznie hamują rozwój przedsiębiorczości.

Rejestracja to dopiero początek. Po rozpoczęciu działalności firma może chcieć kupić grunt i wybudować fabrykę. W Lagos, gospodarczej stolicy Nigerii, zarejestrowanie nieruchomości wymaga spełnienia 21 procedur i zajmuje 274 dni. Oficjalne opłaty to 27% wartości transakcji. W Norwegii to samo zadanie można wykonać w niecały dzień, a jego koszt to zaledwie 2,5% ceny nieruchomości.

Przeciętnie biznes w ubogich państwach wymaga 3 razy wyższych kosztów administracyjnych i dwa razy więcej biurokratycznych procedur niż w krajach bogatych. Popularny mit głosi, że to nie ma znaczenia, ponieważ przepisy w ubogich krajach są rzadko egzekwowane. Nie jest to jednak prawda. Jest tam tak trudno postępować zgodnie ze wszystkimi przepisami, że firmy wybierają działanie nieformalne, czyli pozostają poza prawem i nie płacą podatków. Ponieważ nie mogą zaciągnąć oficjalnego kredytu w banku, nie rozrastają się, co przynosi im jednak inną korzyść - policji trudniej będzie wpaść na ich ślad.

Rządy często starają się pracować nad wzbogaceniem społeczeństwa, na przykład przez zmuszanie firm do płacenia wyższych pensji pracownikom. Niestety, takie rozwiązanie rzadko się sprawdza. Przepisy dotyczące płac minimalnych, jeśli ustalają te stawki zbyt wysoko, niszczą miejsca pracy. Ubogie kraje, które mają najbardziej nierealistyczne standardy prawa pracy, muszą się liczyć z zupełnie niechcianymi konsekwencjami.

W Burkina Faso zabroniona jest praca w nocy i w weekendy. Pracodawca, żeby zwolnić pracownika, najpierw musi go przeszkolić, znaleźć mu nową posadę i wypłacić odprawę w wysokości półtorarocznego wynagrodzenia. Jest to jedna z przyczyn, dla których ponad 90% mieszkańców Burkina Faso to wciąż rolnicy, mimo, że jest to wyjątkowo nieurodzajny kraj.

Również przepisy mające chronić określone grupy społeczne, np. kobiety, często mają odwrotne od zamierzonego działanie. W Turcji kobiety, które wychodzą za mąż, mają rok na podjęcie decyzji, czy odchodzą z pracy czy nie. Jeśli odchodzą, pracodawca musi dać im szczodrą odprawę. W związku z tym firmy starają się zatrudniać tylko mężczyzn - jedynie 16% tureckich kobiet ma formalne etaty.

Ubogie kraje wprowadzają mnóstwo przepisów, które chronią pracowników, ale brakuje im sensownych systemów chroniących własność. Niespieszne sądy Gwatemali zmuszają dłużnika do zapłaty po 1459 dniach, podczas gdy w Holandii można odzyskać swoją wierzytelność już po 48 dniach. Trudno spodziewać się, że pożyczenie pieniędzy w kraju, gdzie koszt odzyskania należności przekracza jej wartość, będzie czymś łatwym. Jak wynika z badania Banku Światowego, przedsiębiorcy z ubogich krajów mają zapewnioną dwukrotnie słabszą ochronę swoich praw własności niż ich koledzy z państw bogatych.

Główną zaletą biurokratycznych przepisów w ubogich państwach jest to, że można je zmienić, do czego zresztą zachęca Bank Światowy. Z ubiegłorocznego raportu tej instytucji wynika, że 58 spośród 145 krajów ujętych w badaniu znacząco ułatwiło prowadzenie na swoim terytorium biznesu.

Największych zmian dokonano w Europie. Siedem spośród dziesiątki największych reformatorów to nowi członkowie Unii Europejskiej (w tym Polska), którzy musieli dostosować swoje przepisy do norm unijnych oraz te państwa dawnej Piętnastki, które musiały wprowadzić reformy, aby móc konkurować na rozszerzonym wspólnym rynku. Jednak mniej niż jedna trzecia ubogich państw przeprowadziła reformy, a to tam te zmiany są najpilniej potrzebne.

Przeciwnicy wprowadzania reform argumentują, że jest to proces kosztowny i skomplikowany. Jednak tak naprawdę, cóż prostszego niż zlikwidować głupi przepis? Uproszczenie procedur jest trudniejsze, ale też na pewno nie za trudne. Można mnożyć przykłady korzyści z wprowadzania reform ułatwiających życie przedsiębiorcom, Bank Światowy oblicza, że koszt wprowadzenia reformy to zaledwie jedna dwudziesta piąta zysku, który reforma przyniesie.

W krajach gdzie przepisy są najbardziej niesprzyjające, pierwsze kroki reformowania są zazwyczaj oczywiste. Aż do ubiegłego roku, żeby zarejestrować firmę w Etiopii, trzeba było dać kosztowne ogłoszenia w dwóch gazetach. Rząd rozwiązał ten problem po prostu likwidując ten przepis. Koszt zarejestrowania działalności został zmniejszony z równowartości niemal 5-letniego do 9-miesięcznego przeciętnego przychodu na głowę mieszkańca. Dzięki temu liczba noworejestrowanych firm wzrosła o połowę.

Bank Światowy szacuje, że gdyby kraje z najgorszymi systemami prawnymi zmieniły te systemy na wzór najlepszych, ich tempo rocznego wzrostu gospodarczego zwiększyło by się o 2,2 punktu procentowego. Najuboższe kraje zyskałyby więcej likwidując głupie przepisy, niż prosząc bogaty świat o pomoc.

Na podstawie The Economist: "Measure first, then cut"


Zobacz również