Cold Fear

Czy ktoś z was myślał kiedyś, by zostać strażnikiem wybrzeża, ścigać przemytników i zmagać się z żywiołem? Jeśli tak, to zagrajcie w Cold Fear i przemyślcie tę sprawę jeszcze raz, bo któregoś dnia na waszej drodze może stanąć rosyjski statek wielorybniczy, a wtedy nic już nie będzie takie jak wcześniej...

Czy ktoś z was myślał kiedyś, by zostać strażnikiem wybrzeża, ścigać przemytników i zmagać się z żywiołem? Jeśli tak, to zagrajcie w Cold Fear i przemyślcie tę sprawę jeszcze raz, bo któregoś dnia na waszej drodze może stanąć rosyjski statek wielorybniczy, a wtedy nic już nie będzie takie jak wcześniej...

Ta grudniowa noc od samego początku zapowiadała się źle. Wiejący od Arktyki wiatr potwierdzał prognozy nadchodzącego sztormu. A do tego jeszcze to wezwanie od rosyjskiego wielorybnika Duch Wostoka. Ta stara przerdzewiała krypa już z zewnątrz wyglądała źle, ale dopiero kiedy wszedłem na pokład zrozumiałem, że wdepnąłem w straszne bagno, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem jak głębokie...

Pożegnanie z Arktyką

Pożegnanie z Arktyką

Co nowego można wymyślić w grach o zombie? Zapewne niewiele, choć miłośnicy horroru zawsze czekają na wszelkie nowości kinowe i komputerowe dotyczące tego tematu. Niestety, posiadacze pecetów nie mają takich możliwości poznawczych jak azjatyccy właściciele konsol, dlatego też dużą gratką może okazać się gra Cold Fear. Jest to nowe dziecko Ubisoftu i Darkworks znanego wszystkim miłośnikom gier grozy głównie z serii Alone in the Dark. Już z samego początku tytuł zapowiadał się ciekawie: morze Barentsa, sztorm i rosyjski statek wielorybniczy. Trzeba przyznać, że takiej scenerii jeszcze nie było. No i pod tym względem nie ma zawodu. Ryk fal przetaczających się przez pokład, uderzenia piorunów i zacinający ostry, oślepiający deszcz. Statkiem miota na wszystkie strony jakby był dziecięcą zabawką, a nie ważącą parędziesiąt ton bryłą żelaza. No i ten klimat! Obdrapane, nadgryzione korozją ściany, huśtające się tuż nad pokładem kontenery i wszechobecne kołyszące się w rytm fal ciała. Należy przyznać, że sam początek gry oferuje kilka scen, które powodują skok ciśnienia. Pojawiająca się za oknem postać z nożem, gasnące nagle światło, czy wypadający z szafki trup.

Dużą rolę odgrywa też dobrze dopasowana muzyka. Są to oczywiście standardy, ale zarazem dokładnie to, czego oczekuje miłośnik horrorów. Pierwsze chwile zachwycają i przykuwają uwagę na tyle, by choć trochę przymknąć oko na wady, których w grze niestety nie uniknięto.

Mrożony zombie

Zapowiada się piękna pogoda...

Zapowiada się piękna pogoda...

Cóż to za straszne miejsce, pełne trupów i dziwnych dźwięków. Pierwszy żywy człowiek, którego spotkałem, otworzył do mnie ogień. Chwilę później zmyła go fala. Następni również nie próbowali podjąć pertraktacji. Dobrze, że zabrałem ze sobą moją wierną czterdziestkę piątkę. Ci rosyjscy najemnicy wyglądali na śmiertelnie przerażonych, barykadując się w swoich kajutach i strzelając do wszystkiego co wejdzie im w celownik. Jakby tego było mało czułem, że coś wisi w powietrzu, a znajdowane tu i ówdzie strzępy informacji tylko potwierdzały moje podejrzenia...

Widać, że w kwestii fabuły twórcy Cold Fear mieli dobrych nauczycieli. Znaleźć tu można wiele inspiracji zaczerpniętych z takich pozycji, jak np. Resident Evil, System Shock czy The Thing (mowa naturalnie o filmie, a nie grze). Niestety, inspiracje te są aż za bardzo widoczne, przez co scenariusz stał się nieco zbyt sztampowy i przewidywalny. Nie zmienia to faktu, że podany został w sposób bardzo przystępny i przez to wciągający. Podobnie jak w wyżej wymienionych grach, cała intryga przekazana jest za pomocą znajdowanych listów, kawałków dzienników i rozporządzeń.

Takiej scenografii nie powstydziłby  się nawet twórca obcego HR Giger

Takiej scenografii nie powstydziłby się nawet twórca obcego HR Giger

Wcielasz się w Toma Hansena, byłego żołnierza, bohatera wojennego uciekającego przed swoimi wspomnieniami, na morze w służbie amerykańskiej straży przybrzeżnej. Pewnej felernej grudniowej nocy trafiasz na rosyjski statek wielorybniczy pełen przerażonych rosyjskich najemników, ożywionych trupów z tasakami oraz tajemniczych egzokomórek wyglądających jak skrzyżowanie pająka z amebą. Ten statek widmo i jego załoga mają swoją przerażającą tajemnicę, którą odkrywasz w trakcie zmagań z pogodą i przeciwnikami.

Uchylając rąbka tajemnicy: mamy tu do czynienia z badaniami nad bronią biologiczną, które wymknęły się spod kontroli. Owe egzokomórki są pasożytami odkrytymi przez Rosjan podczas prac wiertniczych na morzu Barentsa. Okazało się, że potrafią one ożywiać nawet martwe ciało nosiciela, czyniąc z niego krwiożercze zombie polujące na wszystko co się rusza w poszukiwaniu protein. Pasożyt usadawia się w mózgu ofiary, dlatego jedynym sposobem na zabicie go jest zniszczenie czaszki, czyli mówiąc wprost odstrzelenie lub rozzdeptanie zombiakowej głowy.

Wszystkieimprezy kończą się w kuchni

Wszystkieimprezy kończą się w kuchni

Jednak nie wszystkie napotkane istoty to wrogowie. W trakcie swych przygód Tom będzie miał okazję poznać Annę Kamski - córkę odpowiedzialnego za prowadzenie badań dr. Wiktora Kamskiego. Przez większą część czasu towarzyszy mu również głos odpowiedzialnego za rozpracowanie tej sprawy agenta CIA Jasona Beneta. To właśnie oni popchną Hansena do działania i sprawią, że zamiast uciec z tego przeklętego statku zawróci go, by udać się tam, gdzie to się wszystko zaczęło - na platformę wiertniczą Gwiazda Sakalin.

Tu przyjdzie mu się zmierzyć z nowymi efektami eksperymentów, jak również poznać szczegółową historię badań. Pozna też ojca Anny, choć spotkania tego bynajmniej nie zaliczy do najmilszych momentów życia.

Straszy, czy nie straszy?

Na morzu świeże mięso jest podstawą. Czy będzie to wieloryb...

Na morzu świeże mięso jest podstawą. Czy będzie to wieloryb...

W co ja się wplątałem... Teraz rozumiem, czego tak bardzo bali się najemnicy. Martwi nie spoczywają tu w spokoju, tylko polują na żywych i jak by tego było mało są tu jeszcze te... rzeczy. To jakiś koszmar, wszyscy moi kumple nie żyją, ale przynajmniej mam kody, które sprowadzą tu pomoc. Niech to wszystko się już skończy, chcę się stąd wydostać...

Pomimo zapewnień twórców, Cold Fear nie jest niestety survival horrorem. Zbyt dużo można znaleźć amunicji i broni. Zarówno na statku, jak i na platformie znajdują się zbrojownie, w których w każdej chwili można uzupełnić zapas amunicji. Jest też pomieszczenie medyczne, gdzie w pełni regenerujesz zdrowie. Żaden to zatem survival. Mówiąc szczerze, ta gra nie jest nawet horrorem, bo oprócz opisywanego wcześniej początku przygody niewiele jest momentów, w których można się przestraszyć. Wyłażące zza rogów zombie szybko powszednieją, a i napięcie związane z samą tajemnicą jakby opada. Zamiast rosnącego poczucia zagrożenia mamy coraz większą ilość krwi chlapiącej na wewnętrzną stronę ekranu (dosłownie) i mięsnej obrzydliwości rodem z The Thing. Dlatego też nie zaliczylibyśmy Cold Fear do gatunku survival horror, a raczej zaliczylibyśmy ją w poczet gier akcji z elementami horroru. Zresztą, jako taka sprawdza się bardzo dobrze.

Jeżeli chodzi o stronę techniczną to oprócz sterowania i systemu save'ów żywcem zaczerpniętego z konsoli niewiele jej można zarzucić. Zresztą kontrolowanie bohatera nie jest aż tak tragiczne, dzięki możliwości przełączenia na widok z kamery umieszczonej nad ramieniem postaci. Niestety, nie można wtedy biegać, więc trzeba czasem korzystać z widoku ze stałej kamery, co może doprowadzić wielu użytkowników pecetowej klawiatury do furii. Jest to lenistwo twórców gry, którym nie chciało się popracować nad sterowaniem dla użytkowników blaszaków. Co do zapisów stanu gry, to jest to jak zwykle kwestia sporna. Ograniczony save teoretycznie buduje większe napięcie, co pasuje do horroru, z drugiej strony ustaliliśmy już, że Cold Fear jest przede wszystkim grą akcji.

Uwaga na śliski pokład! Ktoś tu nachlapał krwią

Uwaga na śliski pokład! Ktoś tu nachlapał krwią

Pomijając wspomniane mankamenty, gra pod każdym innym względem robi duże wrażenie. Efekty sztormu oddane są genialnie. Walka na pokładzie pomiędzy bujającymi się łańcuchami z celownikiem latającym na wszystkie strony pozostawia niezapomniane wrażenia. Deszcz i fale morskie spływają po kamerze, utrudniając widoczność. Jest to efekt działania znakomitych shaderów, których użyto również do rozmywania i zmiękczania obrazu, by nadać scenom bardziej oniryczny wygląd. Nic nie można również zarzucić starannie wykonanemu otoczeniu i modelom postaci. Znakomicie wykorzystano tu światło i cień. Łyżką dziegciu jest niestety niezniszczalność otoczenia. Wybuchają tylko beczki i gaśnice, a wszystko inne jest odporne na kule i eksplozje. Należy natomiast pochwalić bardzo dobrą i nastrojową muzykę, wśród której znalazł się jeden z utworów Marlina Mansona. Podsumowując, Cold Fear jest grą dobrą, choć nie należy jej brać za survival horror, a raczej uznać za strzelankę. Wciąga i miło się przy niej spędza czas, niestety niedługo, gdyż można ją skończyć w przeciągu dwóch wieczorów. Polecamy ją z czystym sercem zarówno miłośnikom horroru, jak i gier akcji.

<hr size=1 noshade>Mroczne korzenie wielkiego zła

Twórcy Cold Fear pełnymi garściami czerpali inspiracje z serii Resident Evil i filmu The Thing. Co ciekawe, w obu tych pozycjach korzenie potworów w nich występujących wywodzą się z okolic biegunów ziemi. W wyreżyserowanym w 1982 r. przez J. Carpentera filmie głównym przeciwnikiem jest potrafiący przejmować i naśladować ciała żywych stworzeń przybysz z kosmosu. Przeleżał on parę tysięcy lat uwięziony w lodach Arktyki nim odkopali go Norwescy archeologowie. Z kolei według Resident Evil: Codename Veronica tajemniczy wirus potrafiący ożywić martwe ciało został znaleziony przez niejakiego Ashforda pośród lodów Artanktydy. W Cold Fear egzokomórki zostały odnalezione podczas odwiertów na morzu Barensa. Dlaczego wszelkie zło sączy się z biegunów? Bo są to okolice najmniej przez nas zbadane.

<hr size=1 noshade>Pochodzenie zombie

Tematyka żywych trupów pojawia się w bardzo wielu horrorach. Tak wielu, że można już o nich mówić jako o pewnym kanonie filmów i gier. Bodajże najbardziej znanym z filmów o nich traktujących jest Noc żywych trupów G. A. Romero z 1986 r., a grą konsolową seria Resident Evil. Jednakże prawdziwe korzenie zombie wiodą na Haiti gdzie dla wielu ludzi wydają się być realnym zagrożeniem. Związane są z konglomeratem religii nazywanym przez antropologów wuduizmem, a rozpowszechnionym dzięki Hollywood pod nazwą VooDoo. Wedle tych wierzeń Bokorzy (czarownicy) mają władzę nad złymi duchami mogącymi opętać żywe bądź martwe ludzkie ciało. Istota taka jest całkowicie powolna temu, kto powołał ją do życia, nie zna bólu, strachu ani nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie jest ani w pełni żywa, ani zupełnie martwa. Znajduje się raczej w stanie pośrednim nieżycia. Według tych wierzeń, by zniszczyć taką istotę wcale nie trzeba jej strzelać w głowę, wystarczy ją posypać solą! Czarowników potrafiących tworzyć zombie otacza powszechny lęk, ale również szacunek. W końcu nie każdy potrafi wskrzeszać zmarłych!

3 grosze

Cold Fear jest dla mnie grą straconych szans. Miała szansę stać się horrorem na miarę Resident Evil czy starszych odsłon Alone in the Dark, a tymczasem stała się jedynie przeciętną grą akcji z elementami horroru. Trochę szkoda... Hakken

Grając w Cold Fear łapały mnie mdłości. Nie chodzi tu jednak o poziom produkcji, czy wygląd zombie, a o świetnie oddane warunki pogodowe. Leviathan

Cold Fear - akcja z elementami horroru

Producent: Darkworks

Polski wydawca: Cenega

Cena: 99,90 zł

Wymagania: CPU 1Ghz RAM 512 Mb Grafika 64 Mb

Minusy: sterowanie, save pointy, nie jest survival horrorem, zbyt krótka

Plusy: niesamowite efekty pogodowe, miło się gra, grafika i dźwięki


Zobacz również