Cyberlove story

Leżeliśmy blisko siebie, na sianie. Zapach lata, szum drzew za stodołą... Było cicho, spokojnie, a ona patrzyła na mnie z uśmiechem.

Leżeliśmy blisko siebie, na sianie. Zapach lata, szum drzew za stodołą... Było cicho, spokojnie, a ona patrzyła na mnie z uśmiechem.

- Jutro o czwartej, będziesz?

Przytaknąłem. Mary pocałowała mnie na pożegnanie i zniknęła. Po chwili i mnie nie było już w XIX-wiecznej Alabamie na małym rancho. Zdjąłem z głowy hełm i czekałem, aż wszystkie zmysły powrócą do normalnego działania. Nie trwało to długo - my, ludzie cyberprzestrzeni, tak szybko się do tego przyzwyczajamy, jak do porannego mycia zębów. Nie mamy innego wyjścia.

Mary poznałem, jak wszystkie dziewczyny, na jednym z tych plotkarskich kanałów, których wszyscy używają. Do niczego nie zobowiązujące pogaduszki, czasem trochę pikantnych dowcipów i od czasu do czasu któraś para na jakiś czas odłącza się.

Cyberlove - tak teraz to się nazywa we wszystkich językach świata. Bezpieczne, niezobowiązujące, zabawne. Wystarczy kostium, hełm i końcówka Sieci - czyli to, co ma praktycznie każdy - i już można oddać się rozkoszy. We dwójkę, w trójkę, grupowo - we wszystkich miejscach i czasach, jakie sobie można wyobrazić. Na początku był to przebój, wręcz kolejna seksualna rewolucja. Potem okazało się wręcz koniecznością.

Znajomi z kanałów, które odwiedzałem, żartowali z nas: od pół roku nie uprawiałem cyberlove z nikim innym; ona z resztą - z tego co wiem - też nie. Krążyło już kilka dowcipów na nasz temat, spora część z nich dotyczyła tego, że będziemy chcieli zrobić to w rzeczywistości. Autorzy tych kawałów nie wiedzieli nawet jak bliscy są prawdzie - przecież takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Ja i Mary od kilku tygodni rozmawialiśmy o tym.

Statystyki... Wiem - statystyki są bezduszne i zimne, ale podają, że co roku kilkaset tysięcy par na całym świecie decyduje się na prawdziwy seks. Wprawdzie przy ponad ośmiu miliardach ziemskiej populacji wydaje się to być niewielkim marginesem, ale dawniej ludzie nie popełniali tak masowo samobójstw. A może nie powinno się tak tego nazywać?

Już prawie sześćdziesiąt lat minęło od Incydentu Belgijskiego, gdy do ziemskiej atmosfery przedostał się wirus z tajnego laboratorium wojskowego NATO. Do dzisiaj nie wiemy, czy w ogóle nadano mu nazwę. Dane i wszyscy pracownicy projektu zginęli wtedy w wybuchu. Przeżyło tylko to - daleka mutacja DNA wirusa HIV i owadzich feromonów, nieszkodliwa dla większości ludzi, dopóki nie nastąpi kontakt seksualny dwóch osób - obojętnie czy będzie to kobieta, czy mężczyzna. Sześć do siedmiu godzin później mózg przestaje kontrolować produkcję hormonów i człowiek umiera w męczarniach. Nie pomogą żadne środki ochronne.

To czekało mnie i Mary, z własnego wyboru. Gdy informowałem swoich znajomych, że wybieram się na Mantis Island, żywo reagowali, starali się namówić mnie do zmiany decyzji. Jedynie mój "ojciec", do którego zadzwoniłem na końcu, nie powiedział nic, pokiwał tylko głową. On pamiętał jeszcze jak to było przedtem, no i nie urodził się w próbówce.

Mantis Island była rajem na Ziemi - prawdziwym rajem dla samobójców z miłości. Przekorne, jak sama nazwa tej tropikalnej wysepki, na której pobyt przez tydzień był konstytucyjnym przywilejem dla każdego, kto zdecydował się na odejście w ten sposób. Niektórzy wracali przed terminem, spłacając potem przez kilka miesięcy zaciągnięty w ten sposób kredyt. Większość tych, którzy zostali, też nie czekała do końca tygodnia.

Ja i Mary też byliśmy wyjątkiem. Cały dzień chodziliśmy po plaży, wpatrując się w siebie. Przez chwilę przed spotkaniem bałem się, że mogła w Sieci używać innej postaci - tak robiło wiele osób, ja również, gdy byłem młodszy. Ale nie, była taka, jaką znałem i dla jakiej zdecydowałem się umrzeć.

Wieczorem zjedliśmy kolację przy świecach i muzyce. Rozmawialiśmy, śmieliśmy się - trwało to kilka godzin. Nagle popatrzyliśmy sobie w oczy i już wiedzieliśmy, że dłużej nie będziemy zwlekać. Wniosłem ją na rękach do pokoju, położyłem delikatnie na łóżku i zacząłem całować. Jej dotyk był cudowny, tak jak jej ciało. Kochaliśmy się całą noc, namiętnie, jak setki razy wcześniej w Sieci, ale jednocześnie jakby pierwszy raz. Rządowe programy promujące cyberlove przekonywały, że w żaden sposób nie różni się ona od rzeczywistości. Kłamały.

Nadszedł ranek, ale ja ani przez chwilę nie żałowałem swojej decyzji.


Zobacz również