Cyfra rulez 2.0

Wielu Czytelników zapyta zapewne, dlaczego dzisiejszy felieton ma numer wersji? Ano proszę Państwa, wyjątkowo bezwzględna cenzura, czyli moja żona, orzekła po przeczytaniu tego co napisałem poprzednio, że na temat komputeryzacji, pisania, drukowania oraz robienia filmów wypowiadałem się już wiele razy i że się powtarzam.

Wielu Czytelników zapyta zapewne, dlaczego dzisiejszy felieton ma numer wersji? Ano proszę Państwa, wyjątkowo bezwzględna cenzura, czyli moja żona, orzekła po przeczytaniu tego co napisałem poprzednio, że na temat komputeryzacji, pisania, drukowania oraz robienia filmów wypowiadałem się już wiele razy i że się powtarzam.

Przejrzawszy po tygodniu materiał mogę się z nią częściowo zgodzić. Rzeczywiście, już kilka razy pisałem na tych tamach o pożytkach płynących z posiadania komputerowych programów do pisania i poprawiania tekstów, a także z możliwości drukowania w jakości laserowej. To znaczy przypominającej druk, szczególnie ten gorszego gatunku. O ile jednak pamiętam, to nigdy nie dawałem przy tej okazji odnośników do blogów ( http://blog.onet.pl ) ani tym bardziej do znaczków pocztowych drukowanych na laserze ( http://www.stamps.com ), niestety ciągle jeszcze nie w Polsce.

Zauważając, że rewolucja cyfrowa zaczęta się w Polsce od pieczątek robionych komputerowo (warszawa.pieczatki.pl), zapomniałem jednak o muzyce. Od lat wszyscy posiadacze odtwarzaczy CD na co dzień korzystają z jej cyfrowej postaci. Sam dopiero niedawno zamieniłem (niewielką) kolekcję płyt na pliki MP3, a to tylko dlatego że łatwiej nosi się muzykę w małym pudełeczku iPoda niż na płytach CD. To właśnie zamiana formatów plików cyfrowych spowodowała chęć napisania artykułu o ich przewadze nad tradycyjnymi metodami archiwizowania danych. Niestety, jakoś tak rozpisałem się o historii i już nie starczyło miejsca na zajęcie się poważną częścią problemu.

Otóż zapis cyfrowy jest wspaniały, ale ma pewne wady. Przekonali się o tym filmowcy, szczególnie ci od Dogme, wspomnianej w pierwszej wersji felietonu ( http://www.dogme95.dk/menu/menuset.htm ). Uniwersalny format zapisu obrazu cyfrowego tzw. miniDV po pewnych sztuczkach pozwala na przeniesienie filmu na taśmę filmową, nie niesie jednak informacji i jakości obrazów oczekiwanej przez stacje telewizyjne. Skutkiem tego nie chcą one emitować materiałów stworzonych przez amatorów, chyba że są to zdjęcia huraganu, morderstwo albo inne newsy, których nie zanotowali normalni telereporterzy. Każdy może zresztą zobaczyć gołym okiem w TV, że jakość takich materiałów w emisji odbiega od standardów, do których przyzwyczaili nas kamerzyści profesjonalni.

Wszystko to jednak nic w porównaniu z problemami konwersji różnych formatów cyfrowych pomiędzy sobą. Wiele lat temu popełniłem scenariusz do niewielkiego filmiku popularnonaukowego pt. "Katastrofa" Byt on nakręcony na taśmie i to nawet 35 mm. Dzięki TVP, a raczej jej pracownikom chętnym w nocy do pomocy za pół litra, udało się przenieść film na kasetę betacam, potem zaś na VHS. Można sobie wyobrazić utratę jakości przy tej okazji. Abym jednak mógł odtworzyć film na komputerze, dokonaliśmy z synem kolejnej konwersji do formatu OuickTime, z którego już bez specjalnych problemów zrobiliśmy normalne DVD.

W ten prosty sposób "Katastrofa" na ekranie komputera wygląda jak prawdziwa katastrofa, to znaczy ledwie co widać.

Nic tu nie pomoże retuszowanie, którym tak podniecałem się w poprzedniej wersji felietonu, bo tą metodą nie uda się stworzyć żadnej tzw. legendy miejskiej ( http://www.snopes.com ). Utracona jakość obrazu filmowego nie pozwoli na sztuczki. To jest druga strona medalu: z zapisu cyfrowego nie da się wyciągnąć tego, czego w nim nie ma. O ile uszkodzony tekst można poprawić przepuszczając go przez słownik, o tyle muzyka oraz zdjęcia, które utraciły część informacji, nigdy już jej nie odzyskają. Dzieje się tak z prostego powodu. Nasza mowa zawiera silną nadmiarowość (fachowo nazywaną redundancją), zaś dźwięk oraz obraz mają jej znacznie mniej. Dlatego teksty da się znacznie kompresować tzw. metodami bezstratnymi, podczas gdy muzykę i obrazki naprawdę skutecznie kompresujemy stratnie, np. w dobrze znane formaty JPEG lub MPEG2.

Prawdziwe nieszczęście zapisu cyfrowego tkwi jeszcze gdzie indziej. Przekonałem się o tym ostatnio, usiłując zrobić kopie starych dyskietek systemowych. W domowym archiwum odnalazłem oryginalne dyskietki z pierwszym polskim systemem makowym - prawdziwe Golden Masters, czyli dyskietki, z których Apple robił kopie produkcyjne. Notabene, wg zasad kontroli technicznej Apple'a, dyskietki takie nigdy nie powinny być uruchamiane. Nic więc dziwnego, że moje, pomimo upływu trzynastu lat, zachowały się w świetnym stanie. Nie miałem żadnego problemu ze zrobieniem ich obrazów używając napędu podłączonego do mego Maca poprzez USB. Kilka chwil i trzy dyskietki systemowe 1,4 MB oraz dodatkowa dyskietka pomocy systemowej zostały przeniesione na dysk twardy. Schody zaczęły się, gdy zrobiłem podejście do wersji systemu na dyskietkach 800 kB.

W roku 1991 istniało jeszcze sporo Macintoshy, które nie były w stanie czytać dyskietek o tzw. podwyższonej gęstości. Dziś ten pośredni format dyskietek jest kompletnie zapomniany. Do tego stopnia, że napędy dyskietek USB nie pozwalają w ogóle włożyć ich do środka (brak dziurki w obudowie). Rad nierad znalazłem w MoMa ( http://www.apple.com.pl/kuba/moma.html ) stary, beżowy model G3 z wbudowanym napędem dyskietek, o którym wiedziałem, że czyta osiemsetki. Staruszek miał założonego Mac OS-a X 10.2, i tu klapa: system X nie obsługuje w ogóle wbudowanych napędów dyskietek, choć USB jak najbardziej! Znajomy zasugerował wystartowanie komputera ze starego systemu 9.2 - pomogło. Tak więc, aby dla potomności zrobić kopię pierwszego komercyjnie spolszczonego systemu operacyjnego, musiałem chwytać się lewą ręką za prawe ucho. Jeśli ktoś tak jak ja posiada archiwum ponad trzystu makowych dyskietek 800 kB, to jest to najwyższy czas, aby zrobić ich kopie. G3 długo nie pożyje. Prawdopodobnie najlepiej od razu robić archiwum na DVD-R, bo format CD może okazać się równie uniwersalny jak dyskietki.

Nie mogę powstrzymać się od zacytowania zakończenia poprzedniej wersji felietonu. Gdy przeglądam numery DIGITA, dręczy mnie jedno proste pytanie: dlaczego tytuł naszego czasopisma napisany jest po angielsku? Czyż nie lepiej nazwać je po prostu CYFRA? Cyfra rulez!


Zobacz również