Cyfrowy spec, czyli ma-geek*

Czytelnicy z pewnością już dawno temu zauważyli, że społeczeństwo dzieli się dziś na znawców komputerów oraz na artystów. Istnieje, całkiem spora, część wspólna obu zbiorów – grupa ekspertów od projektowania komputerowego. Potrafią zrobić wszystko.

Czytelnicy z pewnością już dawno temu zauważyli, że społeczeństwo dzieli się dziś na znawców komputerów oraz na artystów. Istnieje, całkiem spora, część wspólna obu zbiorów – grupa ekspertów od projektowania komputerowego. Potrafią zrobić wszystko.

W czasach Stańczyka prawie wszyscy obywatele byli lekarzami, bo medycyna i tak niewiele mogła pomóc choremu, zaś znowu dziś modne aplikowanie pijawek było jedyną operacją, jaką pacjent mógł przeżyć (nie zawsze jednak, nie zawsze).W czasach realnego socjalizmu każdy obywatel PRL był znawcą ekonomii, co przejawiło się tym, że pod koniec istnienia systemu obywatele wzięli się do robienie interesów. Niektórym chęć została do dzisiaj, gorzej z umiejętnościami. Epoka speców komputerowych zaczęła się nieco po cichu i bez fanfar, ale szybko opanowała umysły zarówno dorosłych, jak i młodzieży. Wszystkiemu winien jest Internet.

Jeszcze piętnaście, nawet dziesięć lat temu mało kto przypuszczał, że globalna sieć komputerowa zostanie wypełniona masową twórczością. Po pierwsze, komputery były trudne w obsłudze. Owszem, istniała rodzina Macintoshy, ale jej rozpowszechnienie ze względu na cenę było niewielkie i ograniczało się właśnie do sfer twórczych. Do dziś w połowie filmów bohaterowie mają Maca, bo o taki komputer łatwiej na planie, gdyż używają ich zarówno scenarzysta, jak i reżyser oraz scenograf i operator. Jestem swoją drogą ciekaw, jaka jest (nad)reprezentacja makowców wśród naszych Czytelników – podejrzewam że znaczna. Wśród mas wszystko zmieniło się pod koniec roku 1995 wraz z pojawieniem się nowych Windows. Teraz już każdy mógł zostać ekspertem. W najgorszym przypadku przeinstalowywał system operacyjny. Do oporu. Znam ludzi, którzy robili to regularnie, twierdząc że dzięki temu lepiej im się pracuje. Ha, może to i dobry przerywnik dla aktywnej kreacji. Ostatecznie instalowanie systemu nie wymaga żadnej pracy umysłowej, a zmusza do chwilowego przerwania pracy na komputerze.

Kiedy dziesięć lat temu dano ludziom do ręki łatwy w obsłudze komputer, Internet był ciągle jeszcze dziewiczy. Liczba stron, choć rosła wykładniczo, to jednak była mała, dawała się policzyć w milionach. Pamiętam miesięczne raporty na temat liczby komputerów mających stały adres na sieci. Dziś nikt nie zawraca sobie głowy takimi podsumowaniami, bo większość z miliarda komputerów osobistych jest stale podłączona do sieci. Sieć wrosła w tkankę społeczeństw. Jej niewyobrażalne rozpowszechnienie zaowocowało powszechnością komputerowej kreacji. Dziesięć lat temu zastanawiano się, kto wypełni potencjalną zdolność przechowywania i przesyłania informacji, bowiem jasne się stało, że w rozproszonej strukturze tkwią niebotyczne możliwości. Dziś już wiemy kto. To my wszyscy staliśmy się twórcami, którzy wypełnili przepastne zasoby Internetu, liczone w petabajtach (tysiące terabajtów, czyli miliony giga).

Nic nie zapowiadało erupcji społecznej kreatywności. Ot, ktoś zrobił sobie stronę poświęconą unikalnemu hobby, ktoś inny podał do niej odnośnik. A potem lawina potoczyła się. Wraz z rozwojem multimediów, które początkowo oznaczały tylko muzykę (kiedyś w jakimś felietonie napisałem ironicznie, że jak komputer ma napęd CD-ROM, to jest już multimedialny), zakres możliwości kreacyjnych stale się poszerzał. Cyfrowe aparaty foto oraz kamery wideo pozwoliły każdemu obywatelowi na stanie się artystą-reporterem. Dziś przy każdej okazji katastrofy okazuje się, że ktoś zrobił zdjęcia, ostatnio nawet za pomocą aparatu telefonicznego, co pozwoliło na ich natychmiastowe rozpowszechnienie. Powiedzenie o kłamiącym jak naoczny świadek przestaje mieć sens, bo przypadkowa obecność kogoś z kamerą dostarczy zawsze namacalnych dowodów.

Inna sprawa, że zdjęcia manipulowane cyfrowo przestały już być prawdziwym dowodem czegokolwiek. Można bowiem na zwykłym domowym komputerze przerobić wszystko, wstawiając ludzi w miejsca, w których nigdy nie byli. Ba, manipulacja cyfrowa stała się podstawą twórczości muzycznej nowego pokolenia. Sampling cudzych utworów jest usankcjonowaną metodą kreacji, zaś elektroniczne spowalnianie i przyspieszanie muzyki symbolizuje styl dyskotekowy naszych czasów. W jakimś sensie tradycyjne obszary twórczości, takie jak pisanie oraz malowanie, są mniej podatne na nową technologię. Oczywiście łatwo można skopiować cudzy tekst, ale za pomocą sieci i przeszukiwarek równie łatwo można znaleźć oryginał. Blogowanie dało początek fali grafomanii, jakiej świat jeszcze nie widział. Technologia pozwoliła każdemu wypowiedzieć się na każdy temat. Mało jednak ludzi ma w zanadrzu coś oryginalnego. Większość z nas jest odtwórcza, to znaczy łatwo potrafimy powielać cudze pomysły.

Szczególnie dobrze widać to w sferze plastyki. Ograniczenia technologiczne nowej sztuki do ekranu i ewentualnie wydruku na papierze stanowią barierę pomiędzy prawdziwymi artystami pędzla i płótna oraz uzurpatorami. Choć ci pierwsi, chcąc zarabiać na życie, też biorą się do twórczości komputerowej, często gęsto narzekając przy tym, że nie najęli się „na pędzla”. Gołym okiem widać jednak przepaść pomiędzy efektami pracy amatorów i specjalistów, szczególnie na wszelkiego rodzaju plakatach, planszach oraz ulotkach reklamowych. Tandeta, masowo produkowana na komputerach z gotowych wzorców, zalała nasz świat. Prawo Greshama-Kopernika oznacza dziś, że kicz wypiera prawdziwą sztukę. Może dlatego że sztuka wymaga przeżywania, kicz tylko narzędzi. A te mają wszyscy. Ból istnienia odczuwają tylko nieliczni.

Pomimo zapędów regulacyjnych, wiadomo już, że w nowej rzeczywistości specjalistom będzie coraz trudniej. Granica pomiędzy amatorszczyzną a profesjonalizmem przesuwa się coraz bardziej w kierunku masowości. Coraz więcej jest ekspertów od komputerów i nie jest to stwierdzenie ironiczne, bo znajomość szczegółów nie jest już potrzebna. Zawsze można je odnaleźć na sieci. Podobnie wieloletnie studia techniki nie są już podstawą do bycia artystą. Komputer załatwił te sferę. Kto jednak dostarczy wewnętrznych emocji? Z pewnością nie odnajdziemy ich w sieci, wśród produkcji tysięcy i milionów podobnych do nas ludzi. Twórczość to ciekawość inności. Dziś inni są ci, którzy komputerów nie używają. Czyżby pojawiła się szansa dla Janka Muzykanta nim fundacja pani prezydentowej dostarczy mu komputer?!

* geek (ang.) wg Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Geek , oznacza w Polsce „osoby o szczególnie ukierunkowanych zainteresowaniach i wysokiej inteligencji”.


Zobacz również