Człowiek z marmuru

W czasie kiedy opowieść o Birkucie trafiła na ekrany kin, moja pasja oglądania ruchomych obrazów w kinematografie była już w pełni bujnego rozkwitu.

W czasie kiedy opowieść o Birkucie trafiła na ekrany kin, moja pasja oglądania ruchomych obrazów w kinematografie była już w pełni bujnego rozkwitu.

Właściwie każdą wolną chwilę spędzałem w kinie i, jak pomnę, zdarzyło się nawet dwu- albo trzykrotnie, iż przyszedł taki dzionek, podczas którego wizytę w kinie zaliczyłem cztery razy. Niemniej Człowieka z marmuru w owym czasie nie obejrzałem. Zniechęciła mnie do tego ogromniasta kolejka po bilety, która wiła się na różne strony pod kinem Śląsk niczym gigantyczna anakonda. A że moja niechęć do stania w kolejce już naonczas była przynajmniej równie silna, jak umiłowanie dziesiątej muzy, tak i wiedzę swoją o filmie Wajdy czerpać mogłem jedynie z drugiej ręki. Wiedza ta, poparta różnego rodzaju plotkami o niesamowitych wprost okolicznościach powstania filmu oraz wejścia jego na ekrany kin, musiała mi naówczas wystarczać. Moja mama ściszonym niemalże do minimum głosem opowiadała, jak Wajda postawił głupich i złych komunistów pod murem mówiąc, że pozostanie na zawsze na Zachodzie (gdzie zdaje się w tym czasie przebywał), o ile Człowiek... nie zostanie dopuszczony do wąskiego chociażby rozpowszechniania. Obejrzeć film natomiast chciało tyle ludzi, ponieważ po krótkim czasie wyświetlania miał zostać zdjęty z ekranów i bezpowrotnie zniszczony. Skąd mamula mieli tego typu informacje - Bóg jeden raczy wiedzieć, niemniej taka powszechna wiedza uliczna budowała pewną aurę niecodzienności wokół tworu pana Andrzeja, zwłaszcza że, o ile mnie pamięć nie myli, był on wyświetlany (film - nie pan Andrzej, rzecz jasna) jedynie w dwóch kinach w Warszawie.

Pierwszy raz obejrzałem więc rzecz, o której mowa, w roku 1980. Było to już po strajkach i porozumieniach sierpniowych i film miał swoją premierę w telewizji. Nie powiem, robiło to całkiem spore wrażenie, bądź co bądź, to pierwszy film fabularny, który opowiadał pewną historię, mniejsza o to wymyśloną czy nie, głosem bynajmniej dalekim od szeptu, do czego przynajmniej ja byłem przyzwyczajony. W tej konstrukcji niezauważone przeszły fragmenty gloryfikujące niemalże rzeczywistość gierkowską, cała moc biła z materii, którą młodziutka Janda tkała z pomocą wynajdywanych tu i ówdzie interlokutorów.

Właśnie - Janda. Dopiero po którymś tam obejrzeniu filmu dotarła do mnie wielkość kreacji, jaką ta nieznana przecież wcześniej aktorka stworzyła, budując postać młodej dziennikarki, którą zainteresowała rzeźba rzucona gdzieś w otchłań magazynu Muzeum Narodowego. To nadekspresyjne ogryzanie paznokci połączone z przemysłowym przerobem produktów polskiego przemysłu tytoniowego było zupełnym novum na polskich ekranach. Tak przed nią nie odważył się zagrać nikt, a dopiero całość zamierzenia staje wyraźnie przed oczyma, gdy człowiek zobaczy ją w następnym filmie Wajdy Bez znieczulenia. Moim zdaniem, ten cały niezmiernie czujny i inteligentny dings staje się widoczny w zestawieniu postaci wyciszonej, właściwie niemej i nieruchomej studentki oraz rozszalałej w swoim pędzie do poznania prawdy dziennikarki. Wspaniała aktorska robota, która z miejsca postawiła ją w rzędzie największych tego zawodu. Piszę to taki mądrala teraz, bo pojąłem to nie tak od razu, zwłaszcza że kolejność zapoznania się z obydwoma filmami była w moim przypadku odwrotna.


Zobacz również