Delta Force: Helikopter w Ogniu

Pomimo doskonałych zapowiedzi i pięknej grafiki, ten obiecywany od dawna i okrzyczany shooter FPP okazuje się jedną wielką porażką.

Pomimo doskonałych zapowiedzi i pięknej grafiki, ten obiecywany od dawna i okrzyczany shooter FPP okazuje się jedną wielką porażką.

O tym, co wydarzyło się w Somalii w 1993 roku, wiemy z gazet, z dramatycznych reportaży CNN i oczywiście doskonałego filmu Ridleya Scotta Helikopter w Ogniu. Na wstępie trzeba jasno powiedzieć - gra nie jest wierną adaptacją filmu ani nie powstała na podstawie analiz militarnych operacji z lat dziewięćdziesiątych. To luźna fantazja na temat komandosów, złych Murzynów i życia w Afryce. Fantazja trzynastolatka, dodajmy.

Black Hawk Doom

Jak to? Przecież to gra studia NovaLogic. Przecież to sławna seria Delta Force!? Przecież film był doskonały! Czy taki temat można było spartaczyć?

Można było!

Pamiętasz pierwsze gry z serii Doom? A Serious Sama? Ten drugi będzie nam bliższy. Zastąp bowiem galopujące w twoją stronę hordy wrzeszczących potworów i dziesiątki powykręcanych przeciwników uzbrojonymi Murzynami. Oto Delta Force: Helikopter w Ogniu.

Gra jest, owszem, przepiękna - jak na NovaLogic przystało. Jedna z najbardziej kinowych gier FPP, jakie kiedykolwiek pokazano na pecetach. Piach wgryza się w oczy, kule świszczą wokół głowy, a ty przemykasz, wysadzając w powietrze kolejne umocnienia i pojazdy, które szybują w górę, gubiąc płonące opony, poparzonych ludzi i resztki wyposażenia. Oto prawdziwy szał zabijania w klimatach Hollywood. Niestety to wszystko nie sprawia, że z zapartym tchem wpatrujesz się w ekran.

Plastikowy kurz

Gdy wyglądasz przez okno budynku, grafika i projekty poziomów wyglądają obiecująco.

Gdy wyglądasz przez okno budynku, grafika i projekty poziomów wyglądają obiecująco.

Najgorsza w tym wszystkim jest sztuczność. Spoglądasz na Mogadisz i widzisz - to miasto jest sztuczne. Spoglądasz na przewracających oczami przeciwników i widzisz - ci goście też są sztuczni. Pomimo że twórcy gry zadbali o to, abyś się nie nudził, nie uwierzysz, że to, co widzisz na ekranie monitora, dzieje się naprawdę. Twórcom nie udało się stworzyć tego, co najważniejsze w grach FPP - przekonującej iluzji żyjącego świata. Tego, co udało się Czechom w ich Operation Flashpoint czy w testowanym w tym numerze Vietcongu. Tam byliśmy w stanie uwierzyć nawet w fikcyjne wyspy, gdzie miasta nazywały się po francusku, a mieszkańcami byli Czesi. Tutaj pomimo przepięknej grafiki, wszystko jest schematyczne i umowne: miasta, wioski, obozowiska, pojazdy. Wszystkie wydarzenia są zaskryptowane. Gdy po raz kolejny grasz w tę samą misję już wiesz: najpierw Murzyni przyjdą z lewej (bach - bach - bach - nie żyją), potem z prawej (bach - bach - bach - też nie żyją), później znowu z lewej (i jeszcze jedna seria). I nie ma tak, że sytuacja zmienia się, dostosowuje do zaistniałych okoliczności. Źli Somalijczycy nie pójdą brodem, gdy im wysadzisz most. Dlaczego? Po prostu nie wysadzisz mostu, o ile nie zostało to przewidziane przez twórców gry. Koniec, kropka.

FPP - PKP

A tu już wychodzi szydło z worka. Z daleka miasto wygląda jak zbudowane z klocków i takie samo wrażenie odnosisz, oglądając je z bliska.

A tu już wychodzi szydło z worka. Z daleka miasto wygląda jak zbudowane z klocków i takie samo wrażenie odnosisz, oglądając je z bliska.

Interakcja ze światem jest ograniczona do minimum. Czytaj: do pociągania za spust. No, czasem możesz użyć... (uwaga, uwaga!) stacjonarnego karabinu kaliber 50.

Amerykanie mówią na takie gry "on the rails". I faktycznie przechodząc kolejne plansze, czujesz się, jakbyś jechał kolejką. Widać to zwłaszcza w misjach, w których przemieszczasz się jakimś pojazdem (w grze są aż trzy: dwa śmigłowce i jeden dżip). Żadnej możliwości skrętu, zrobienia postoju czy zawrócenia. Po prostu gnasz przed siebie i zmieniasz magazynki.

Misje pełne frustrujących zręcznościowych elementów ograniczają się do schematu: wystrzelaj nadbiegających Murzynów, nadjeżdżających Murzynów oraz Murzynów w wiosce. Nie ma ani miejsca, ani czasu na kombinowanie: od której strony zajść przeciwników, jak przekraść się na ich tyły, jak ich zaskoczyć.

Gdzie jest Delta?

Najbardziej mylący w tym wszystkim jest tytuł. Gra nie ma nic wspólnego z operacjami jednostki Delta ani z popularnymi ostatnio taktycznymi shooterami. Po prostu wpadasz do murzyńskiej dyskoteki, gdzie kolesie strzelają obok, po niebie, po ziemi, gdzieś zupełnie daleko (wygląda to momentami przezabawnie) i walisz ze spluwy, zostawiając za sobą tylko zgliszcza.

Helikoptery wciąż kołują nad nami, zapewniając jakie takie bezpieczeństwo.

Helikoptery wciąż kołują nad nami, zapewniając jakie takie bezpieczeństwo.

Spotykasz też jakichś pajaców w strojach komandosów, ale zachowują się oni bardziej jak pijani ORMO-wcy, niż żołnierze sił specjalnych. Nie stosują zasadzek, kamuflażu ani nie skradają się. Walka w pomieszczeniach zamkniętych to upiorna parodia wojny. Stoją faceci na wprost siebie i prują. I dopóki ty nie wkroczysz do akcji, dopóty sytuacja jest patowa. Nikt nie jest w stanie nikogo zabić. Czysty absurd.

Multiplayer

Grę ratuje multiplayer. Trzeba jasno powiedzieć - rzetelnie przygotowana przez autorów opcja zabawy dla wielu graczy, znacznie winduje ocenę Helikoptera, który z samym "singlem" byłby po prostu piękny, ale głupi... I lepiej nie mówić, jaką otrzymałby ocenę.

Delta Force: Helikopter w Ogniu
Przed grą wybierasz sobie specjalistę, którym będziesz sterował. Może to być snajper, strzelec albo lekarz. Potem ruszasz do dzieła. Dostępne są areny do deathmatchów, z ustawialnymi miejscami odradzania się, capture the flag oraz różne odmiany atakowania i obrony zajętych pozycji. Zasady są takie same, jak podczas gry dla jednego gracza - podstawowa broń, brak amunicji na polu bitwy, giniesz po jednym, dwóch celnych trafieniach. Stąd też gra preferuje snajperów i camperów.

Często nie zdążysz odpowiedzieć ogniem na atak z ukrycia. Być może z tej właśnie przyczyny od zwykłych rozgrywek typu "ostatni żywy wygrywa" lepsza jest zabawa z flagami - na przykład zbieranie ich na dostępnym terenie, gdy każda z grających drużyn ma ich po kilka. Na razie jednak większość serwerów oferuje deatchmatch. Pojazdami nie można w trybie dla wielu graczy sterować. Jednak samochody i helikoptery krążą po ustalonych torach, a ty możesz wskoczyć na ich pokład i postrzelać... zanim cię nie zdejmą. Wystarczy kilka godzin wprawek i można śmigać między budynkami, pojazdami i skrytkami.

Czarny koniec

To gra na dzień, w którym szef cię ochrzani albo pokłócisz się z żoną. Włączasz Helikopter w Ogniu i dajesz światu do zrozumienia, co ci zrobił.

Wrzuć monetę!

Całe to nieporozumienie z Helikopterem wynika stąd, że traktujemy tę grę jak shootera FPP, którym nie jest. To po prostu zwyczajna gra zręcznościowa, w stylu klasycznych "arcade". Mnie osobiście kojarzy się ze starymi grami z automatów. Tak, tak - tymi z plastikowym pistoletem zamocowanym na kablu. Wrzucasz monetę i strzelasz. Raz przeciwnik pojawi się w oknie, a raz w drzwiach. Czasem, dla zmyłki, przez ekran przebiegnie jakiś cywil (ten element też jest w Helikopterze). Za kolejnym podejściem już pamiętasz sekwencję, w jakiej pojawiają się kolejni bandyci.

Jedyne, o czym panowie z NovaLogic zapomnieli, to licznik punktów i możliwość zapisania naszych inicjałów na liście najlepszych.

Maciej Jurewicz


Zobacz również