Dokumentuję historię

Rozmowa z Krzysztofem Millerem - jednym z najlepszych fotoreporterów w Polsce

Rozmowa z Krzysztofem Millerem - jednym z najlepszych fotoreporterów w Polsce

Jak to się stało, że zostałeś fotografem?

Krzysztof Miller

Krzysztof Miller

To był czysty przypadek. Nigdy wcześniej nie pasjonowałem się tym tematem. Nie chodziłem nawet do kółka fotograficznego, jak wielu moich rówieśników. Pewnego dnia, w czasach gdy byłem redaktorem podziemnego pisma NZS-u, dostałem aparat do ręki z zadaniem, aby stworzyć dokumentację naszych działań. Była to Minolta 7000. Pamiętam, że były to początki autofocusa - jego ustawienie zajmowało czasem nawet minutę. Jestem całkowicie świadomy, że nie były to dobre fotografie. Nie liczyła się forma, tylko treść informacyjna. Momentem zwrotnym w moim myśleniu o fotografii było spotkanie z Erazmem Ciołkiem, który pokazał mi wówczas kilka swoich zdjęć i opowiedział więcej o samej fotografii - czym powinna być, jaka jest też w niej rola samej formy. On był też tą osobą, która poleciła mnie do pierwszego numeru "Gazety Wyborczej".

Czy praca w "gazecie" okazała się aż tak istotna?

Zdecydowanie tak. Wraz z rozwojem wolnej prasy rozwijała się również fotografia prasowa. Gazeta okazała się swego rodzaju stajnią fotoreporterów. Ogromne znaczenie odegrał w tym przypadku wydawany jeszcze do niedawna "Magazyn" - stały dodatek do "GW". Były okresy, gdy kilkadziesiąt stron stanowiły w nim same fotografie. Dla mnie i innych fotografów prasowych było to olbrzymie wyzwanie wypełnić je dobrymi zdjęciami, na które było duże zapotrzebowanie. "Magazyn" był też jedną z największych galerii, w których można było zaprezentować swoje prace.

Co zadecydowało, że zacząłeś specjalizować się w reportażu prasowym?

To było na przełomie 1989-1990 r., gdy zostałem wysłany do Pragi, aby sfotografować aksamitną rewolucję w Czechosłowacji. W porównaniu z dzisiejszmi warunkami pracy była to czysta partyzantka. Pamiętam, że spałem w jakimś klasztorze, korzystałem w nim z ciemni, która szczęśliwie tam była, potem biegłem do CzTK, oficjalnej komunistycznej agencji prasowej, skąd moje zdjęcia były transferowane do redakcji "Gazety". Były to jedyne zdjęcia stamtąd, jakie ukazały się wówczas w Polsce. Wtedy chyba zrozumiano też w samej "Gazecie", jak ważny może być przekaz fotograficzny i że warto mieć do dyspozycji własnych fotoreporterów, których w każdej chwili można wysłać w każdy zakątek ziemi, gdzie się dzieje coś ważnego.

Co, twoim zdaniem, jest istotne dla tego rodzaju fotografii, jaką się zajmujesz?

Bardzo ważne jest stworzenie dobrego tandemu z dziennikarzem, z którym będzie się pracować. Z racji, że miejsca, w które jesteśmy wysyłani, są zazwyczaj niebezpieczne, bardzo ważne jest, by mieć obok siebie kogoś, komu można zaufać i w chwilach kryzysowych rozumieć się w mgnieniu oka. Zupełnie inaczej się wtedy pracuje. Owszem, są fotoreporterzy, którzy wyjeżdżają w pojedynkę, jednak w praktyce i tak potem łączą się w grupy i przemieszczają się razem. Od lat kimś takim jest dla mnie Wojciech Jagielski, z którym odbyliśmy kilkadziesiąt wspólnych misji w różne zakątki świata.

Inną ważną sprawą jest własny styl pracy. Ja opieram się na intuicji. Moją metodą jest "pójść na żywioł". Jak do tej pory nigdy tego nie żałowałem. Udawało mi się zawsze być tam, gdzie się działo coś istotnego.

Jakim sprzętem posługujesz się w swojej pracy?

Ktoś kiedyś powiedział, że "jak nie wejdziesz w akcję i nie poczujesz smrodu wojny, nie będzie go też czuć na zdjęciach". Dlatego od lat moim jedynym obiektywem jest obiektyw 35 mm, który zmusza do tego, by być bardzo blisko tego, co chcesz sfotografować. Z założenia nie używam zooma, ponieważ uważam, że sztywny obiektyw ma lepsze pasmo przenoszenia niż zmiennoogniskowy. Aparat trzeba czuć, trzeba wiedzieć, jak się z nim poruszać. Ja już z zamkniętymi oczami jestem w stanie przewidzieć, jakie zdjęcia wyjdą, gdy zrobię krok w przód lub krok w tył.

W istocie jestem ignorantem w sprawie sprzętu. Wszystko się tak szybko zmienia. W trakcie swojej pracy przeżyłem trzy rewolucje technologiczne w fotografii. Na przełomie lat 80. i 90. było to przejście ze zdjęć czarno-białych na kolorowe, nieco później odchodzenie z ręcznego nastawiania ostrości na rzecz autofocusa i wreszcie w ostatnim czasie rewolucja cyfrowa, która zdecydowanie wypiera fotografię analogową. Pracuję teraz na cyfrowym Canonie D10 z obiektywem 24 mm i przesłoną 2,8. Nie zmienia to faktu, że zawsze uważałem i do dziś uważam, że najlepsze obiektywy ma jednak Leica.

Aparat cyfrowy to chyba wielkie ułatwienie w twojej pracy?

Tak. Aparaty cyfrowe z pewnością sprawdzają się w fotoreportażu. Wygoda, jaką oferują, przechyla szalę korzyści zdecydowanie na ich stronę. Są niezastąpione, gdy w grę wchodzi jak najkrótszy czas dotarcia do wydarzeń, które trzeba sfotografować. Przykładowo, gdy jechałem na drugą wojnę czeczeńską, zabrałem ze sobą dwa plecaki - oba niewielkie. Jeden z najbardziej niezbędnymi rzeczami osobistymi, w drugim natomiast miałem aparat, obiektyw i karty pamięci. Ten plecak był zdecydowanie mniejszy. A to dlatego, że obecnie nie muszę już taszczyć ze sobą sprzętu i chemikaliów potrzebnych do wywoływania zdjęć. Często także nie muszę zabierać ze sobą nawet laptopa, gdyż niemal wszędzie - nawet w najodleglejszych wydawałoby się miejscach - znajdę jakiś komputer wpięty do Internetu. Przesłanie zdjęć prosto z karty pamięci aparatu do redakcji w Polsce zajmuje dosłownie kilka chwil. To jest rzeczywista rewolucja, jaka nadeszła wraz z technologią cyfrową.

Co, poza aparatem, obiektywem i kartami pamięci, mieści się w torbie fotoreportera krzysztofa millera? Lampa błyskowa?

Nie używam lampy błyskowej, więc jej ze sobą nie wożę. W torbie mam za to jeszcze transmiter do przesyłania danych oraz mały kalendarz do zapisywania najistotniejszych informacji. Komplet uzupełnia rezerwowa smycz na identyfikator. To wszystko.

Jest z pewnością wiele młodych osób, które zastanawiają się, czy trudno by im było zostać dobrymi fotoreporterami. Czy jest coś, co mógłbyś im podpowiedzieć?

Z pewnością nie jest to łatwy kawałek chleba. I wcale nie mam teraz na myśli niebezpieczeństw związanych np. z tym, że jest się czasem na froncie. Chodzi mi o naszą polską rzeczywistość, gdzie wciąż jest mało pism, w których można zamieszczać swoje prace. Rynek jest hermetyczny i przebić się na nim jest bardzo trudno. Z drugiej strony nie można się tym zniechęcać. Uważam, że trzeba dużo fotografować i dobrze rozeznać, co nas naprawdę interesuje i temu się poświęcić. Nie należy fotografować tego, co nas nie interesuje. Potem trzeba dosłownie "męczyć" redakcje. Czasem nie ma innej drogi, jak po prostu wychodzić sobie np. okres próbny w jakiejś gazecie. Gdy nadarzy nam się taka okazja, powinniśmy zrobić wszystko, by się tam sprawdzić.

Wspomniałeś o niebezpieczeństwach sytuacji frontowych. Niejednokrotnie jeździłeś w miejsca ogarnięte konfliktami. Nie wyjeżdżasz jednak tam w roli żołnierza. Jak sam postrzegasz swoją rolę w tego typu sytuacjach? Jakie cechy charakteru okazują się wtedy niezbędne?

W człowieku wytwarza się wtedy ogromna adrenalina. Trzeba nauczyć się funkcjonować w sytuacjach krańcowych. Nie jestem w stanie opisać huku rozrywającej się obok bomby. Wiem natomiast, że trzeba przez cały czas reagować w sposób bardzo chłodny. Absolutnie nie wolno panikować i dać się ponieść np. chęci ucieczki po takiej eksplozji, gdyż można zginąć od odłamków, które latają w tym czasie dookoła. Przez cały czas fotoreporter powinien pozostawać biernym obserwatorem rzeczywistości. Jestem wtedy jak listonosz lub posłaniec łączący to, co się dzieje przed obiektywem mego aparatu z osobą, która być może już nazajutrz będzie czytać gazetę. Moim zadaniem jest bowiem udokumentować historię, jaka dzieje się na moich oczach. Od momentu wewnętrznego przełamania się, że trzeba wykonać zdjęcie, do samego zdjęcia jest daleka droga, na której kilka elementów trzeba ze sobą perfekcyjnie zgrać. Są to: nastawienie przesłony, czasu i ostrości oraz odpowiedni wybór kadru. Potem czeka nas jeszcze właściwe zestawienie wszystkich planów w kadrze. Trudno to opisać, ale jest w tym coś wręcz mistycznego. Moment naciągania migawki (zawsze tylko ręcznie) jest dla mnie jak medytacja przed czymś ważnym, co się za chwilę dokona. Jestem wtedy maksymalnie skoncentrowany. I po prostu uwielbiam te chwile.

Innym razem z kolei samemu szuka się zdjęcia. Dużo się chodzi w poszukiwaniu intrygującej historii lub niespodziewanych sytuacji. Jak choćby w tym przypadku, gdy będąc w Afganistanie natrafiłem na stojące na froncie armaty. Słońce powoli zachodziło, czegoś jednak, w moim odczuciu, wciąż brakowało temu ujęciu. Postanowiłem czekać. Nagle pojawili się talibowie, którzy zaczęli pomiędzy działami rozkładać swe dywaniki i modlić się. To było to. Wystarczyło kilka minut wcześniej odjechać, by nie zobaczyć tej całej poruszającej sceny.

Intuicja?

Tak, kolejny raz intuicja. To mój główny przewodnik. Nie mam innych. Jestem świadom, że w myśl starej szkoły można mi zarzucić wiele błędów formalnych. Jednak nie przejmuję się tym, gdyż uważam, że nie istnieją dla mnie żadne ograniczenia kanonu fotografowania. Pomaga mi w tym fakt, że nie kończyłem przecież żadnej szkoły fotograficznej. Dlatego np. według uznania wprowadzam elementy, które zdynamizują obraz - ucięte głowy, czy przekrzywiony kadr.

Czujesz się świadkiem historii?

Tak, to jest najlepsze określenie. Wiem, że odpowiadam przed historią i dokumentuję dla historii. Fakt, że mogę to robić, jest dla mnie prawdziwym szczęściem w nieszczęściu, jakie czasem muszę uwieczniać. Odpowiadam przed sobą w sumieniu, gdy decyduję się na subiektywny dobór kadru, obiektyw, głębię ostrości czy czas naświetlania. To naprawdę fascynujący zawód, który, mimo niebezpieczeństw, jakie ze sobą niesie, daje ogromne poczucie spełnienia.

Krzysztof Miller

Urodził się w 1962 r. Ukończył Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie. Wielokrotnie był mistrzem Polski w skokach do wody i należał do kadry olimpijskiej. Fotografią, jak sam mówi, zajął się przypadkowo. Dziś jest jednym z najlepszych polskich fotoreporterów. Zawodowo związany jest z "Gazetą Wyborczą", w której pracuje od momentu jej powstania. Rozgłos przyniosły mu reportaże z wielu miejsc na świecie ogarniętych wojną lub zamieszkami. Z aparatem odbył kilkadziesiąt misji w różne rejony świata. W 2000 r. został jurorem prestiżowego konkursu World Press Photo, a w roku 2004 otrzymał nagrodę główną Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za cykl zdjęć "Z Iraku". Zajmuje sie też ilustracja książek. Zilustrował m.in.: "Modlitwę o deszcz" oraz "Kamienne wieże" Wojciecha Jagielskiego a także "Piekło w raju" Pawła Smolińskiego. Mieszka w Warszawie.

Rozmawiał Krzysztof Wojciechowski


Zobacz również