Dwa metry szklanki

Realizacja Kingsajzu do końca owiana była tajemnicą, wywołującą irytację krytyków i budzącą podniecenie wśród reporterów, którzy bezskutecznie próbowali się przedrzeć na plan filmowy.

Realizacja Kingsajzu do końca owiana była tajemnicą, wywołującą irytację krytyków i budzącą podniecenie wśród reporterów, którzy bezskutecznie próbowali się przedrzeć na plan filmowy.

Pokątne interesy i wielki szmal w mikroskali.

Pokątne interesy i wielki szmal w mikroskali.

Pomysł filmu przyszedł Machulskiemu do głowy, kiedy wracał samolotem ze stypendium w USA. Scenariusz napisany wspólnie z Jolantą Hartwig (Seksmisja) i tym razem wymagał zaangażowania wszelkich dostępnych środków technicznych. Specjaliści w dziedzinie produkcji, po zapoznaniu się z dokumentacją i planem realizacji, stwierdzili od razu, że w polskich warunkach takie przedsięwzięcie nie może się udać. Autorzy scenariusza nie zamierzali jednak rezygnować. W nagłówku napisali po prostu: ambitne zadanie dla scenografa i - jak wspominali później - odetchnęli z ulgą.

Jedyną osobą, która mogła wtedy udźwignąć to zadanie i zrealizować tak śmiałą wizję, okazał się Janusz Sosnowski. To właśnie dzięki niemu i autorowi zdjęć Jerzemu Łukaszewiczowi po raz kolejny udało się w Polsce "niemożliwe". Bez elektroniki i przy użyciu klasycznych wielkich rekwizytów ekipa realizatorska wspięła się na wyżyny rzemiosła.

W Życiu Warszawy z 1987 r. Małgorzata Dipont pisała: Dwunastometrowe ściany hali zdjęciowej zabudowano szczelnie szeregiem monstrualnych, z tej pozycji, szuflad, z których każda liczy około dwóch metrów wysokości i waży pół tony. To przytłacza, a wrażenie będzie jeszcze większe po zastosowaniu zdjęć trikowych wzmacniających efekt wysokości i głębi.

Przy kręceniu sceny w wannie wykorzystano łódzkie kąpielisko Fala. Te zdjęcia, ze względu na porę roku, zrealizowano wcześniej, bo już we wrześniu. Całość ruszyła dopiero na początku grudnia 1986 r.

Oscar dla Sosnowskiego?

Scenografia, jakiej do tej pory nie widziano w żadnym polskim filmie, zyskała powszechne uznanie. Znaleźli się nawet tacy, którzy domagali się za nią Oscara dla Janusza Sosnowskiego. Ponad dwieście rekwizytów, w tym liczącą kilka metrów łyżkę i gumową kaczkę, na którą wspinał się w wannie Olo (Jacek Chmielnik) stworzono przecież w rzeczywistości, a nie na ekranach komputerów. Jak na owe czasy i w tamtych warunkach był to wysiłek nie lada. Już dwa lata po premierze filmu w jednym z wywiadów telewizyjnych reżyser wspominał jego produkcję jak drogę przez mękę. Co prawda, wielu szczególnie skrupulatnych krytyków zwróciło uwagę na niedostatki wykonania całości i poszczególnych elementów, ale wyraźnie zauważalne braki wcale nie musiały wynikać z problemów technicznych, a jedynie ze świadomej kreacji miniaturowego świata, mającej podkreślać jego tandetność.

Być wielkim za wszelką cenę - marzenie każdego krasnala.

Być wielkim za wszelką cenę - marzenie każdego krasnala.

Jedyne ujęcie, w którym zastosowano trik techniczny z prawdziwego zdarzenia, należy do ciekawszych scen erotycznych w polskim kinie. Kiedy ponętne ciało Katarzyny Figury w roli Guliwera, spowite w różowe światło nocnej lampki, staje się obszarem eksploracji dla jednego z krasnali (prowokując freudowskie skojarzenia), trudno nie wyrazić uznania dla twórców tego obrazu.

Zdjęcia kręcono najnowocześniejszą wówczas w polskiej kinematografii kamerą BL-3 z podglądem umożliwiającym dokonywanie na bieżąco korekty poszczególnych ujęć. Brak studia z prawdziwego zdarzenia, fakt, że reżyser nie miał do dyspozycji tzw. przedniej projekcji i innych technik trikowych, wymusił jednak realizację każdego rekwizytu w skali 20:1. Murarze i stolarze mieli pełne ręce roboty. Część zdjęć kręcono, co prawda, w czechosłowackiej wytwórni w Barrandowie, ale nie rozwiązywało to wszystkich problemów. Dla przykładu, w hucie szkła w Sandomierzu zamówiono... dwumetrową szklankę.


Zobacz również