Dzieje jednego portalu

Wirtualna Polska, która wyrosła z garażu w połowie lat 90., a więc jeszcze za czasów, gdy Internet był w naszym kraju domeną środowisk akademickich, ma za sobą burzliwą przeszłość. Wiele wskazuje, że to, co najlepsze dopiero przed nią.

Wirtualna Polska, która wyrosła z garażu w połowie lat 90., a więc jeszcze za czasów, gdy Internet był w naszym kraju domeną środowisk akademickich, ma za sobą burzliwą przeszłość. Wiele wskazuje, że to, co najlepsze dopiero przed nią.

Na początku były uniwersytety - a właściwie Uniwersytet Warszawski, skąd 15 lat temu w lipcu wysłano pierwszy list elektroniczny, a sama sieć pojawiła się w 1991 r. Można śmiało powiedzieć, że gdyby nie środowisko naukowe, które domagało się otworzenia kanału wymiany myśli między uniwersytetami, Internet pojawiłby się w kraju o wiele później. Gdyby próbować zrekonstruować to, co można było wówczas w polskiej sieci znaleźć, to dominacja środowiska akademickiego była niepodważalna - listy dyskusyjne, publikacje naukowe, międzyuczelniana korespondencja. Wyjątku nie stanowiły też tworzone przez fizyków Donosy - jeden z pierwszych serwisów informacyjnych, który regularnie czytali założyciele najstarszego w Polsce portalu - Wirtualnej Polski. Michał Kołodziejczyk, student Politechniki Gdańskiej, przebywał wtedy w Kanadzie na stypendium, Leszek Bogdanowicz oraz Marek Borzestowski, również związani z PG - w instytucie w Karlsruhe, a Jacek Kawalec w Holandii. Do Polski wrócili mniej więcej w tym samym czasie, w 1995 r., już z pomysłem założenia spółki, która zajęłaby się udostępnianiem rozwiązań internetowych. Był to o tyle przełomowy moment, że polskie środowisko naukowe zaczęło myśleć o biznesowym wykorzystaniu potencjału sieci.

"Mieliśmy z tego żyć " - wspomina Michał Kołodziejczyk, obecnie zastępca dyrektora pionu IT w Wirtualnej Polsce. "Plan był taki, by udostępniać łącza do sieci (dial-up) oraz oferować skrzynki pocztowe lokalnym przedsiębiorstwom. Po podłączeniu danej firmy do Internetu robiliśmy jej stronę WWW, a jako witrynę startową ustawialiśmy Wirtualną Polskę. Później oferowalićmy konta pocztowe. Dzięki stronie Wirtualnej Polski mogliśmy pokazać lokalnym przedsiębiorstwom, że polski Internet zawiera ciekawe treści".

Spółka nazywała się Centrum Nowych Technologii, a Wirtualna Polska była produktem, który miał przekonać innych do Internetu. Początki były iście garażowe, wpisujące się w historię wielu amerykańskich przedsięwzięć, które później, podczas internetowego szaleństwa, osiągały zawrotne wyceny. CNT wynajmowało jeden pokój tuż przy siedzibie Telbanku, skąd powadzono łącze internetowe. Serwer przywiózł z Holandii Jacek Kawalec, obecnie mniejszościowy udziałowiec spółki (poprzez Key 7 Investments), zamówienia przyjmowano telefonicznie.

W oczekiwaniu na zysk

Początkowo biznes nie był dochodowy. Internet w Polsce rodził się powoli, zamówień nie było wiele. "Musieliśmy przekonywać firmy, że dostęp do Internetu jest im potrzebny" - wspomina Leszek Bogdanowicz, obecnie szef projektu iTVP. "Poświęcalićmy każdemu klientowi nawet kilka godzin czasu, żeby tylko wykupił abonament za 50 zł. To była naprawdę bardzo ciężka praca, w zasadzie nieopłacalna. Często jednak było tak, że jakiś klient wykupił dostęp do Internetu, a potem za jakiś czas zamówił u nas wykonanie strony WWW".

Wirtualna Polska wzbogacała zasoby swojego katalogu, stając się coraz bardziej rozpoznawalnym miejscem w polskiej sieci, jednak spółka CNT wciąż daleka była od generowania dużych przychodów. Po dwóch latach działalności nastąpił zastój i właśnie w tym momencie do CNT dołączył Maciej Grabski, obecnie mniejszościowy udziałowiec WP, inwestując pieniądze przede wszystkim w rozbudowę portalu. "W momencie, gdy pojawiłem się w CNT, przedsiębiorstwo mieściło się w dwóch pokoikach" - przywołuje wspomnienia Maciej Grabski. "Szybko jednak pozyskaliśmy nowych pracowników - w niedługim czasie w CNT pracowało już 40 osób. Nawiązaliśmy kontakt z Intelem i Netscape'em. W zasadzie w ciągu kilku miesięcy przeformatowalićmy spółkę pod kątem portalu. Zaczęliśmy współpracę z zewnętrznymi dostawcami usług i treści: Radio Wawa udostępniało nam na żywo newsy. Do pracy zachęcaliśmy studentów z gdańskich uczelni". Młoda branża internetowa zaczęła znajdować swoje miejsce na rynku, wchodząc w alianse z tradycyjnymi mediami.

Made in Poland

Wkrótce zjawili się w Wirtualnej Polsce kolejni inwestorzy. W lipcu 1999 r. Prokom podpisał z CNT umowę w sprawie utworzenia firmy Wirtualna Polska (WP), która zajęła się wyłącznie prowadzeniem portalu. Biznes internetowy zaczynał się rozrastać, inwestowano chętnie i hojnie. Wirtualną Polską zainteresował się Intel, co zaowocowało lokatą funduszy w polski portal jeszcze przed internetową bańką. "Pamiętam, że cała delegacja Intela nie zmieściła się do pokoju naszego zarządu" - wspomina Maciej Grabski. "Nie mogę zapomnieć komentarza wiceprezesa Intela, który obejrzawszy naszą siedzibę, powiedział: Kocham firmy garażowe, inwestujemy!".

Wirtualna Polska miała być polskim Yahoo!, krajową realizacją marzenia o wielkim internetowym biznesie. "Profilowaliśmy się w ten sposób" - zaznacza Maciej Grabski. "Historia WP potoczyła się jednak inaczej niż amerykańskiego przedsięwzięcia. Yahoo! jest przedsiębiorstwem, które kształtuje rynek w USA, ma zyski, jest spółką giełdową. Wejście na giełdę było kluczem do sukcesu Yahoo!. Wirtualna Polska tego wszystkiego nie miała". Choć trzeba przyznać, że plany giełdowe pojawiły się w strategii portalu. Wirtualna Polska nawet przygotowywała się do publicznej emisji, jednak w momencie, kiedy czas już nie sprzyjał takim ruchom. O ile początek 2000 r. był jeszcze pomyślny dla internetowych przedsięwzięć (tym samym na giełdę udało się wejść krakowskiemu przedsięwzięciu Interia.pl), o tyle koniec był już zapowiedzą wielkich spadków i biznesowych katastrof.

Druga strona medalu

Rysunek 1. Akcjonariat Wirtualnej Polski

Rysunek 1. Akcjonariat Wirtualnej Polski

W 2001 r. ciężkie chwile przeżywały chyba wszystkie internetowe przedsięwzięcia. Wirtualna Polska negocjowała w tym czasie inwestycję Telekomunikacji Polskiej w portal, choć raczej trzeba powiedzieć, że to TP SA dyktowała negocjacyjne warunki WP. "Pierwotnie TP SA miała otrzymać 10% akcji" - zaznacza Maciej Grabski, mniejszoćciowy udziałowiec WP. "Po wejściu na giełdę w Nowym Jorku chcieliśmy w dalszym ciągu kontrolować biznes, a jednocześnie mieć partnera telekomunikacyjnego, który by gwarantował bezpieczeństwo naszego przedsięwzięcia. Okazało się jednak, że na giełdę nie weszliśmy, a po kupieniu akcji w TP SA przez France Telecom, operator postanowił, że chce mieć 100% akcji i taką umowę podpisaliśmy".

Alians miał stworzyć potężne internetowo-telekomunikacyjne przedsięwzięcie: portal oferujący usługi największego dostawcy Internetu w Polsce. Nikt jednak nie przypuszczał, że operator już po kilku tygodniach wycofa się z deklaracji dotyczących świadczenia wspólnie z WP usług dostępowych. Jeszcze podczas konferencji prasowej, na której ogłoszono wykup 50% akcji portalu przez Telekomunikację Polską, ówczesny prezes Wirtualnej Polski, Marek Borzestowski podkreślał, że spółka będzie przynosić przychody z ruchu w sieci TP SA generowanego przez użytkowników oglądających strony WWW portalu. Gdańskie przedsięwzięcie miało z powodzeniem realizować podobny model biznesowy do AOL w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem operator oświadczył, że nie będzie dzielić się przychodami z jakimkolwiek dostawcą treści w Internecie. "Pewny byłem, że jak w 2001 r. sprzedamy udziały do spółki z Grupy TP, to WP stanie się domyślnym portalem dostępowym Grupy TP" - zaznacza Maciej Grabski. "Logiczne byłoby to, że portal stanie się marką cenioną przez operatora, otrzyma wsparcie i będzie oferował takie usługi, których nie miała konkurencja. Okazało się, że polityka TP była zupełnie inna".

Nasza mała stabilizacja

Wkrótce po podpisaniu umowy między Telekomunikacją Polską a WP, widać było wyraźnie, jak różne są strategie obu spółek: portal chciał uzyskać wsparcie telekomunikacyjne, a operator utrzymać pozycję na rynku. Trzeba przyznać, że gdyby TP spełniła obietnice i uruchomiła wraz z Wirtualną Polską usługę dostępową, to ze względu na dominującą pozycję na rynku musiałaby taką samą usługę uruchomić z innymi podmiotami. A to oznaczałoby dzielenie się z rynkiem przychodami. Model biznesowy w oparciu o własny numer dial-up był wówczas dochodowy - wciąż większość internautów korzystała z "wdzwanianego" dostępu. Nic więc dziwnego, że pierwszy portal, który udostępnił taką usługę - krakowski Onet - zarobił krocie, jak na realia polskiego Internetu (spółka nie podaje danych, niezależne źródła szacują kwotę na ok. 2 mln zł). Pozostali gracze uruchomili usługę kilka miesięcy później z innym operatorem - z Energis Polska. Wirtualna Polska, niczym przysłowiowy szewc, co bez butów chodzi, udostępniła własny numer dopiero w połowie 2004 r., kiedy portal był od paru miesięcy w stanie upadłości (także z Energis Polska).

Eskalacja konfliktu

Operator nie zdecydował się więc na wykorzystanie potencjału aliansu ze spółką internetową, co więcej, kilka miesięcy po inwestycji pojawiły się plany współpracy z francuską spółką Wanadoo, dotyczące... uruchomienia usługi wdzwanianego dostępu. Pod berłem TP miałoby się pojawić Wanadoo.pl oferujące polskim użytkowników własny numer dostępowy. "Zaznaczyłem wtedy, że będę wszelkimi sposobami bronił Wirtualnej przed konkurencją ze strony spółki z grupy France Telecom" - podkreśla Maciej Grabski. "Broniłem w ten sposób nie tylko swojego interesu jako akcjonariusza WP SA, ale także interesu akcjonariuszy TP. Tak powstał konflikt biznesowy".

W 2003 r. konflikt przerodził się w wojnę, tym bardziej że powoli zbliżał się czas realizacji zapisów umowy między operatorem a mniejszościowymi akcjonariuszami. Telekomunikacja Polska do czerwca 2005 r. miała wywiązać się z umowy odkupienia od pozostałych udziałowców ich akcji. Sposób obliczania wyceny za akcje, zaproponowany zresztą przez samego operatora, był dla niego niekorzystny. Trwały nerwowe pertraktacje, które przełożyły się na kondycję Wirtualnej Polski. Brakowało kapitału, w konsekwencji w kwietniu 2004 r. spółka Wirtualna Polska ogłosiła upadłość.

Jak się okazało po odnalezieniu kompromitujących materiałów na dysku byłego prezesa WP Marka Borzestowskiego, plany upadłości były omawiane przez przedstawicieli TP już jesienią 2003 r. Bankructwo spółki było jedną z opcji umożliwiającą TP niespłacenie udziałów mniejszościowych akcjonariuszy. Specjaliści prawa upadłościowego twierdzą, że stosowanie takiego scenariusza jest w polskiej rzeczywistości nagminne.


Zobacz również