Gigantomachia, czyli spór z Google'em w tle

Próba zakupienia przez Microsoft portalu Yahoo wraz ze wszystkimi jego technologiami ma szersze tło, niż może się wydawać - we wszystkich komentarzach jak mantra przewija się nazwa Google'a, który jest przysłowiowym cierniem w boku Microsoftu.

Niedawno dyrektor zarządzający firmy Zoho Sridhar Zembu opublikował w swoim blogu ciekawą syntezę swoistych er informatycznych, poczynając od okresu IBM z lat 50. do 70., przez czasy Microsoftu w latach 80. i 90., aż do współczesnej ery Google'a. Zróżnicował je według sposobu tworzenia "ekosystemu" informatycznego. Podkreślając absolutną dominację tych firm, określił erę IBM jako zamkniętą, Microsoftu jako półotwartą i Google'a jako w pełni otwartą - pod "dyktatem" koncepcyjnym i technologicznym tej firmy, ale z szeroką i otwartą platformą do rozwijania rozmaitych usług.

Google, choć formalnie powstał zaledwie 10 lat temu, zdołał dzięki rewolucyjnej wyszukiwarce zdominować Internet, wyprzedzając znacznie w tym względzie koncern z Redmond, który przez dwa dziesięciolecia był przyzwyczajony do zupełnie innego modelu biznesowego - Windows i Office są w nim do dzisiaj końmi pociągowymi, dają lwią część jej przychodów, wynoszących obecnie ponad 50 mld dolarów. Microsoft, według opinii analityków biznesu komputerowego, nie docenił Internetu i jego możliwości, rozpoczynając szerzej zakrojoną działalność w Sieci wtedy, gdy była już zdominowana przez bardzo szybko rozwijające się usługi Google'a. Korporacja z kalifornijskiego Mountain View jest firmą całkowicie internetową, w przeciwieństwie do swojego rywala, skoncentrowanego na oprogramowaniu do komputerów stacjonarnych. Jej wyszukiwarka była punktem startowym i zapoczątkowała niezwykle lukratywny biznes reklam internetowych.

Google aż 95 procent dochodów czerpie z systemu reklamowego AdWords (dyskretnego i nieagresywnego, więc dobrze postrzeganego przez internautów), a sięgają one obecnie niemal 17 miliardów dolarów w skali roku i nieustannie rosną. Co więcej, rynek internetowy jest praktycznie nieograniczony (z bogacącymi się szybko Chinami i Indiami na horyzoncie), podczas gdy rynek oprogramowania stacjonarnego - głównego źródła dochodów Microsoftu - wytraca powoli tempo, przynajmniej relatywnie.

Google rozwinął bezpłatne usługi, które zaczęły podkopywać przynajmniej część tradycyjnego biznesu Microsoftu. Yahoo, pierwszy portal, który odniósł ogromny sukces rynkowy, wydał się Microsoftowi jedyną firmą, której technologie pomogą mu podjąć walkę o najbardziej perspektywiczne rynki - liczba samych kont pocztowych w systemie Yahoo sięga 250 mln i trzykrotnie przewyższa liczbę kont w Gmailu. Systemy wyszukiwawcze mają 15-20-procentowy udział w rynku (Google - ponad 60 procent, a Microsoft - około 10 procent), a Redmond interesują szczególnie rozwijane przez Yahoo technologie mobilne, komplementarne z dalekosiężną strategią Microsoftu, zwłaszcza platforma Yahoo! Go. Nie można zapominać, że w tym segmencie króluje ostatnio rewolucyjne urządzenie Apple'a (z oczywistych powodów sterowane oprogramowaniem tego producenta), a popularność zyskuje także platforma Google Android, wspierana przez Open Handset Alliance. To ogromnie perspektywiczna i dochodowa branża i o prymat w niej już teraz zabiegają najwięksi potentaci. Komputer osobisty traci powoli pole na rzecz różnorodnych urządzeń mobilnych.

Microsoft, chcąc utrzymać dominację i dochody, musi walczyć o obszary, które zaniedbał. Nie mogąc samodzielnie rozwinąć w rozsądnym czasie odpowiednich technologii (a czas ma tu istotne znaczenie), szuka ich u najbardziej obiecującego partnera. Nie wydaje się, żeby zakończona w maju fiaskiem pierwsza próba zawarcia kontraktu była ostatnia, a ostre spory w radzie nadzorczej i zarządzie Yahoo - wręcz próba rewolucji pałacowej - świadczą o tym, że wszystko jest jeszcze możliwe.


Zobacz również