Gliniarz w bokserskich rękawicach

Cieszmy się, że ten film zrobił Marek Piwowski. W innym wypadku, porażająca ohyda Polski lat 70. byłaby po prostu nie do zniesienia.

Cieszmy się, że ten film zrobił Marek Piwowski. W innym wypadku, porażająca ohyda Polski lat 70. byłaby po prostu nie do zniesienia.

Film zaczyna się jak słynna Walka o ogień - przez ponad dziesięć minut nie pada ani jedno słowo. Ludzie wychodzą i wchodzą, zatrzaskują się jakieś drzwi, ktoś pada uderzony gazrurką czy łomem (szczegół do ustalenia prawdopodobnie tylko przez ludzi z branży), jeżdżą nyski z konwojentami w futrzanych czapkach i paskudnych płaszczach, ma miejsce scena erotyczna, pieniądze pakowane w szary papier przenoszone są w teczkach ze skaju.

To samo, czyli zimne nóżki

Scenariusz filmu powstał w oparciu o nowelę Piwowskiego, publikowaną wcześniej w "Dialogu" i uhonorowaną nagrodą Koła Młodych Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Tytuł roboczy brzmiał "Traktat o mokrej robocie".

Film zapowiadano jako komedię. I rzeczywiście można go tak oglądać, jeżeli nie zapomni się, że jest to dzieło twórcy wcześniejszego o sześć lat kultowego Rejsu. Są tu sceny nieodparcie komiczne, jak chociażby ta z przygotowaniem orgietki á la PRL, kiedy do domu dyrektora przychodzi dwóch jego znajomych, rzekomo kolegów z Rzeszowa (przywieźli szampana). Wręczając im materac, dyrektor mówi: Macie, podmuchajcie sobie. Co tak stoisz? Łap się za drugi cycek, będzie szybciej! - zwraca się jeden z gości do swojego kompana. Podczas gdy podtatusiały dyrektor "robi nastrój", na wersalce siedzi poderwana w dyskotece dziewczyna, która jeszcze tego samego dnia ma wziąć ślub. Potem na komendzie, nakłaniana do zgłoszenia gwałtu, zezna, że zakochała się w trzech naraz. Jan Himilsbach w przebraniu niedźwiedzia wynajmowanego do zdjęć w zoo, wracający z flaszką od Szakala (bo Szakal sam nie pije) to ciągle postać z pokładu pamiętnego statku. Dziadek, który wręcza Bimbrowi prezent od kolegów z okazji dnia ślubu, a potem wykonuje bliżej nieokreślony taniec, również mógłby uczestniczyć w przygotowaniach do występu pod okiem tamtego kaowca. Milicjanci w stołówce zamawiający dwa razy "to samo", czyli wstrętne nóżki w szarej galarecie, przypominają postacie z komedii Barei.

Dialogi, z całą pewnością, będą dzisiaj największą atrakcją tego filmu. Piwowski niekiedy balansuje na krawędzi parodii, ale za każdym razem udaje mu się wrócić do poważniejszego klimatu. Nie jest to jednak komedia w pełnym tego słowa znaczeniu - rybki w akwarium Bimbra gotują się zbyt dosłownie.


Zobacz również