Historia nieuniwersalna

Z wszystkich teorii mniej czy bardziej sensownie wyjaśniających, o co chodzi w pogłoskach o zainteresowaniu Apple'a przejęciem Universal Music, najbardziej podobała mi się ta, która odwoływała się do przygód Tomka Sawyera, a konkretnie do historii z malowaniem płotu. Zabieg ten był dla Tomka prawdziwym dopustem bożym: nie dość, że tracił czas, to jeszcze narażał się na drwiny przyjaciół. Dlatego postanowił wmówić im, że malowanie płotu to nie lada przyjemność, której może się zrzec tylko za ćwierć dolara od każdych pięciu minut. A że nie brakowało mu daru przekonywania, wkrótce ustawiła się kolejka chętnych.

Z wszystkich teorii mniej czy bardziej sensownie wyjaśniających, o co chodzi w pogłoskach o zainteresowaniu Apple'a przejęciem Universal Music, najbardziej podobała mi się ta, która odwoływała się do przygód Tomka Sawyera, a konkretnie do historii z malowaniem płotu. Zabieg ten był dla Tomka prawdziwym dopustem bożym: nie dość, że tracił czas, to jeszcze narażał się na drwiny przyjaciół. Dlatego postanowił wmówić im, że malowanie płotu to nie lada przyjemność, której może się zrzec tylko za ćwierć dolara od każdych pięciu minut. A że nie brakowało mu daru przekonywania, wkrótce ustawiła się kolejka chętnych.

Dla Apple'a Universal to też dopust boży (albo dziura w płocie). Tego dnia, kiedy po raz pierwszy pojawiła się informacja o zainteresowaniu Apple'a transakcją, kurs jego akcji na Wall Street spadł o 15 procent. To zresztą uprawdopodobniłoby tylko całą teorię, według której Apple - idąc śladem Tomka Sawyera - wcale nie chce Universalu kupić, tylko stara się wciągnąć w tę transakcję Microsoft (który rzeczywiście wyraził zainteresowanie Universalem kilka dni po Apple'u).

I choć wydatek 5 mld dolarów i strata kolejnych 10 w czasie prób postawienia muzycznego giganta na nogi nie podkopałyby pozycji Microsoftu, to w osobistej konkurencji Steve Jobs kontra Bill Gates dawałoby to parę punktów Jobsowi. Fakt, całe to równanie oparte jest na księżycowej logice, ale kwestia ambicjonalnych animozji między szefami Apple'a i Microsoftu nie podlega dyskusji (co ze świetnym wyczuciem i humorem pokazuje film "Piraci z Doliny Krzemowej", który ciągle, maniakalnie wręcz polecam - można dostać w wielu wypożyczalniach). Swoją drogą, gdyby moje zdanie mogło się tu liczyć, chciałbym, żeby Apple dobił targu z Vivendi, do którego należy Universal. Gdyby tak się stało, znaczyłoby to, że Jobs ma jakiś handlowy pomysł na tę firmę i na dystrybucję muzyki w ogóle. Wytwórnie płytowe toczy poważna choroba. Zaatakowane wirusem MP3, błyskawicznie przenoszonym drogą internetową, znalazły się na skraju kompletnej niewydolności.

Od paru lat wiadomo, że giganci tego rynku muszą wymyślić zupełnie nowe sposoby sprzedaży muzyki, jeśli chcą przetrwać cokolwiek dłużej niż tylko pięć czy dziesięć najbliższych lat. Ale - powiedzmy sobie szczerze - pomysły w rodzaju "zrezygnujmy z drukowania wkładki, a zaoszczędzimy 13 centów na każdej płycie", jakie do tej pory serwują ich szefowie, nie stanowią przełomowej koncepcji. Gdyby Apple kupił Universal (albo chociaż naprawdę to rozważał), można by mieć pewność, że znalazł się ktoś, kto taki pomysł ma. Zresztą czy całe zamieszanie wokół Apple'a i Universalu nie bierze się stąd, iż wiadomo, że Apple chce się wziąć do sprzedawania muzyki? Bo choć Apple twierdzi, że nie rozważa przejęcia Universalu (piszę to tuż po Wielkanocy, a więc kilka dni po oficjalnym dementi ze strony Apple'a), wiadomo, że do spotkania zarządów obu koncernów doszło, tyle że oficjalnie jego powodem była prezentacja nowego serwisu muzycznego, który Apple ma ponoć wkrótce uruchomić. Pozwalałby on użytkownikom, którzy wykupią abonament, odsłuchiwać i ściągać nagrania udostępniane przez różne wytwórnie płytowe.

Zawarcie umowy między Apple'em a Vivendi miałoby też zapewne szereg konsekwencji o bardziej rozrywkowym charakterze, a to, że chodzi tu o przemysł służący rozrywce nie ma tu nic do rzeczy. Wiadomo, że Jobs rządzi Apple'em w sposób autokratyczny, decydując niemal o wszystkim, od marki kupowanych przez firmę długopisów (to akurat fakt, nie żart), po strategie reklamowe (też fakt). Pracownicy panicznie się go boją i unikają do tego stopnia, że w budynku, w którym znajdują się biura zarządu, wszyscy ponoć biegają po schodach z obawy, że w windzie mogliby trafić na Jobsa, co z kolei mogłoby stanowić początek fatalnej w skutkach rozmowy. Teraz spróbujcie sobie wyobrazić Jobsa zarządzającego wytwórnią płytową, gdzie codziennie musi odbyć przynajmniej cztery spotkania z kapryśnymi gwiazdami list przebojów o rozdętym ego. I o ile jestem spokojny o Jobsa, zastanawiam się, jak znosiliby to tak znamienici, a zarazem neurotyczni lub narcystyczni artyści, jak Mariah Carey, Bon Jovi, Eminem, Tommy Lee, Vladimir Ashkenazy czy dziewczęta z T.A.T.U. Boska Mariah, która dopiero co wyszła z depresji, po dwóch rozmowach z Jobsem niechybnie popadłaby w bulimię, a kto wie, czy nie zaczęłyby jej nawet prześladować myśli samobójcze. Tommy Lee pewnie wytatuowałby sobie parę epitetów pod adresem swojego nowego pryncypała (o ile znalazłby na nie trochę wolnego miejsca, co jest raczej wątpliwe, bo po rozwodzie z Pamelą coś jeszcze sobie wydziergał i teraz zostało mu już tylko czoło).

Co innego z Eminem. Nadzieja białego hop-hopu w nastrojowych balladach lubi pośpiewać o osobach bliskich swemu sercu, jak mama albo żona, zwłaszcza gdy mu się z nimi za bardzo nie układa. Kontakt ze Steve'em mógłby więc stać się dla niego ożywczym natchnieniem, czego owocem byłyby utwory 2GHz and Failin' albo Powerfucker Geek. Niestety, wydane już pewnie przez Virgin, a nie Universal.


Zobacz również