I przyszło nowe

O skali niesłychanego entuzjazmu wygłodzonego rynku informatycznego w latach 80. świadczy nakład "Komputera", który w szczytowym momencie przekraczał 200 tysięcy egzemplarzy.

O skali niesłychanego entuzjazmu wygłodzonego rynku informatycznego w latach 80. świadczy nakład "Komputera", który w szczytowym momencie przekraczał 200 tysięcy egzemplarzy.

Za głębokiej komuny jedną z najbardziej doskwierających cech systemu była jego toporność, całkowita niepodatność na nowoczesność i twórcze myślenie. Młodym ludziom, którzy mieli szczęście wychowywać się już w normalnym kraju, dzisiejszym dwudziestolatkom, trudno by było zrozumieć, dlaczego ta nieruchawa machina państwowa w tak bezrozumny sposób krępowała ludzką inicjatywę i nie pozwalała rozwinąć się talentom, a przynajmniej starała się je kontrolować.

Może dlatego tak ogromnym powodzeniem wśród niepokornych umysłów cieszyły się publicystyczne rodzynki, jak telewizyjne audycje Adama Słodowego dla majsterkowiczów, programy popularnonaukowe Bogdana Misia czy też, już w latach 80., cykl duetu Kamiński-Kurek - tragicznie zmarłych dziennikarzy telewizyjnych. Dobrych pism technicznych było jak na lekarstwo i przez długie lata "Młodego Technika" czy "Przegląd Techniczny" - skądinąd zresztą pismo par excellence społeczne - zdobywało się spod lady.

Łatwo za to zrozumieć, dlaczego największa rewolucja drugiej połowy dwudziestego wieku, jaką stały się komputery osobiste, została początkowo potraktowana przez władzę podejrzliwie i z dużą rezerwą. Informatyka oparta na wielkich maszynach, ustawianych w klimatyzowanych pomieszczeniach strzeżonych centrów obliczeniowych, była tolerowana, a niekiedy nawet wspierana partyjnymi uchwałami (choć buraki i wyroby walcowane miały zawsze pierwszeństwo w zgrzebnej umysłowości sekretarzy), ale komputery stojące w prywatnych domach stały się w pojęciu tej władzy zagrożeniem jej monopolu na informację. Kilka lat po stanie wojennym, w pełnym rozkwicie podziemnego ruchu wydawniczego, maszyna z drukarką była po prostu wrogiem publicznym, który należało neutralizować, najlepiej już na granicy. Nic dziwnego - w tym paranoicznym systemie nawet zrobienie kserokopii w punkcie usługowym wymagało pokazania dowodu osobistego.

Ci wszyscy, którzy natychmiast zrozumieli znaczenie rewolucji niesionej przez komputery, znaleźli się między Scyllą oporu władzy a Charybdą ograniczeń, jakie nakładał na "demoludy" osławiony COCOM, blokujący eksport z krajów zachodnich zaawansowanych technicznie urządzeń. Zdumiewa przemyślność naszych rodaków, którzy potrafili przebijać się przez obie bariery i od połowy lat 80. powolutku nasycali nasz rynek coraz większą liczbą maszyn i komponentów. Właśnie te gromady technicznych "kulisów", krążących między Polską a krajami azjatyckimi, wykuwały normalność i z chwilą upadku całego bloku sowieckiego weszliśmy w świat nowej rzeczywistości gospodarczej i politycznej z paruset tysiącami komputerów i jakąś tam znajomością rzeczy.

W takich właśnie warunkach, nierzadko mimo dezaprobaty co bardziej tępogłowych towarzyszy partyjnych, powstawały pierwsze pisma komputerowe, odpowiadając na ogromne zapotrzebowanie rynku, zwłaszcza młodych ludzi, którzy mieli już świadomość dziejącej się na świecie rewolucji technicznej.

Pojedyncze artykuły w czasopismach zostały zastąpione przez publikowane okazjonalnie dodatki, a wreszcie przez regularną prasę komputerową - o skali zapotrzebowania i niesłychanego entuzjazmu młodego rynku świadczy nakład "Komputera" w drugiej połowie lat 80., w szczytowym momencie przekraczający 200 tysięcy egzemplarzy, na które i tak trzeba było polować. Dzisiaj pisma informatyczne z trudem osiągają połowę tej liczby, choć oczywiście czytelnik ma teraz znacznie większy wybór, zaś Internet skutecznie odciąga od czytania tradycyjnych papierowych wydawnictw, torując drogę elektronicznym nośnikom informacji.

W lata 90. wprowadzał nas rozłamowy niejako "PCkurier", tworzony przez część dziennikarzy wywodzących się ze starego "Komputera", który zdominował pierwszą połowę dekady. W 1992 roku pojawiła się już jednak konkurencja powstających sukcesywnie miesięczników, m.in. właśnie "PC Worlda" na amerykańskiej licencji, ale kontynuującego pionierskie tradycje swego imiennika.

"PCkurier" upadł po kilkunastu latach, bo nie umiał się odnaleźć w zmieniających się szybko realiach. My zaś kontynuujemy swoją misję w świecie zdominowanym już przez Internet i zaludnionym przez całkiem inną publiczność, starając się sprostać niesłychanemu tempu zmian technicznych i szybko ewoluującym potrzebom czytelników. Nowe przychodzi przecież każdego dnia.


Zobacz również