In Cold Blood

In Cold Blood to najnowszy produkt firmy Revolution Software. Gracz wciela się w rolę agenta brytyjskiego wywiadu MI-6, Johna Corda. Twoim zadaniem miało być odnalezienie amerykańskiego agenta CIA, który zaginął podczas wykonywania tajnej misji na terenie Wołgii. Dlaczego? Najwyraźniej amerykanie znów coś spieprzyli...

Upadek Związku Radzieckiego wywołał falę przemocy na tle rasowym. Armia wysłana przez Moskwę napotkała na silny opór. Do akcji włączyła się Organizacja Narodów Zjednoczonych. To ona zezwoliła na wysłanie do Wołgii wojsk chińskich. Z dnia na dzień konflikt pomiędzy Chinami, a Tajwanem gwałtownie przybierał na sile. Jak można było przewidzieć w Wołgii istnieje ruch oporu – VFF, kierowany przez człowieka o imieniu Gregor Kostow. Gregor wpadł na trop informacji o posiadaniu przez Wołgian specjalnej technologii. Poinformował o tym Amerykanów, którzy wysłali swojego agenta imieniem Kiefer. Niestety Kiefer zaginął. Amerykanie poprosili o pomoc Brytyjczyków. W tym właśnie momencie do akcji wkracza niejaki John Cord. Jego zadaniem miało być odnalezienie agenta CIA.

Gra rozpoczyna się od sceny tortur głównego bohatera. John Cord – agent brytyjskiego wywiadu - domyśla się, że został zdradzony. Niestety „wypluty” ze wspomnień nie bardzo wie za sprawą kogo lub czego dostaje właśnie po pysku. Zadaniem gracza jest zrekonstruowanie przebiegu wydarzeń, które doprowadziły do jego uwięzienia.

Cord potrafi się poruszać na trzy sposoby. Pierwszym z nich jest oczywiście chód, dający wystarczająco dużo czasu aby zareagować w razie niebezpieczeństwa. Oprócz tego możemy biegać lub skradać się. Oba sposoby mają tyle samo wad co i zalet, a ich wykorzystanie zależy jedynie od sytuacji w której przyjdzie nam się znaleźć.

Zdziwił mnie fragment instrukcji mówiący o tym, że Cord powinien unikać walki. Mhm... istnieje pewien problem. Otóż nie wyobrażam sobie gry w której chociażby od czasu do czasu nie trzeba było zabijać! W szczególności jeżeli chodzi o produkcje typu: „jeżeli Ty nie zabijesz jego, to on zabije ciebie”. Być może mam już nieco wypaczony charakter ale tego właśnie oczekuje od gier. Tego tzn. dużej ilości krwi. Na pocieszenie pozostaje pistolet. Pamiętaj więc, aby zawsze przeszukiwać ciała martwych strażników w poszukiwaniu dodatkowych magazynków. W przypadku kiedy zabraknie amunicji gracz musi polegać na sile własnego wdzięku, czyli za łeb, o kolanko, trzy razy w żebra i po krzyku :)

Jeżeli chodzi o grafikę zawiodłem się i to bardzo! Pikselowate postacie nie wyglądają za dobrze. Jedyną rzeczą co do której nie mogę się przyczepić są lokacje, aż miło popatrzeć. Pewien niedosyt budzą także wstawki filmowe... jakoś za dużo wodotrysków, a tego nie lubię. No i gdzie u licha podziała się muzyka? To już chyba tradycja, że w grach wyprodukowanych przez Revolution Software ścieżki dźwiękowej praktycznie nie ma. Zresztą przejdźmy do podsumowania w przeciwnym wypadku znów zacznę narzekać :)

Pomimo kilku wpadek gra się całkiem przyjemnie. Zagmatwana fabuła, pięknie wykończone lokacje oraz ciekawa przeszłość naszego bohatera przyciąga przed ekran monitora. Tak więc cel został osiągnięty: niskim kosztem wyprodukowano przyzwoitą grę. A czy warto zagrać odpowiedzcie sobie sami...


Zobacz również