Jak nie kochać Maca, czyli zabierz łapy z mojej klawiatury

Nadeszła wiosna. Pora, kiedy cała przyroda budzi się do życia. Śpiewają ptaszki, krew żywiej krąży w naszych żyłach. Czujemy się młodsi, a młodość ma swoje prawa. Prawdziwy wielbiciel Macintoshy może tą porą roku popaść w prawdziwe kłopoty. Dlatego tym razem nie będzie felietonu ku pokrzepieniu, ale ku przestrodze.

Nadeszła wiosna. Pora, kiedy cała przyroda budzi się do życia. Śpiewają ptaszki, krew żywiej krąży w naszych żyłach. Czujemy się młodsi, a młodość ma swoje prawa. Prawdziwy wielbiciel Macintoshy może tą porą roku popaść w prawdziwe kłopoty. Dlatego tym razem nie będzie felietonu ku pokrzepieniu, ale ku przestrodze.

Nie chciałbym jednak klepać pustych moralitetów. Czas wyznać własne winy. Przecież każdemu zdarzają się potknięcia. Ale jeśli kto powstał z upadku, tedy powinien podać dłoń pomocną temu, co dalej leży.

Otóż i ja sam nie mam całkiem czystego sumienia. Pamiętam (a była wtedy wiosna i przyroda budziła się do życia - ptaszki śpiewały), jak na tych łamach opisywałem PowerBooka 1400. Dziś szkoda wyjaśniać, co to takiego było. Dość powiedzieć, że komputer ten po bokach miał dziwne wyoblenia, które chyba niczemu nie służyły, a powodowały, że był szerszy tą stroną bliżej użytkownika niż w głębi, bliżej ekranu. Napisałem wtedy (teraz się rumienię), że komputer ten ma seksownie zaokrągloną obudowę.

Teraz nie wiem, jak to się stało, że przyszła mi do głowy taka niedorzeczność, a co gorsza, że taką myśl zrodziła w mojej głowie - z dzisiejszej perspektywy - po prostu kupa szmelcu.

Teraz jestem bardziej ostrożny formułując takie sądy. Daleko posuniętą ostrożność doradzam także innym. Jak nieraz mógł stwierdzić Fox Moulder, rzeczy nie są takie, jakimi się wydają przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przekonał się o tym ostatnio także Mark Allen, choć Mark pewnie nie był specjalnie zaskoczony swoim odkryciem, bo już kiedy zaczynała się ta historia, był pewien, że kocha inaczej. Potem wszystko się tylko potwierdziło, a jedyna zmiana dotyczyła obiektu, w którym lokował swoje uczucia.

Mark Allen, mieszkaniec Nowego Jorku, będący - jest takie piękne staropolskie słowo, wywodzące swój początek z literackiej spuścizny Mikołaja Reja - gejem, przez rok wirtualnie spotykał się z Bryanem z Teksasu. Obaj poznali się przez Internet i przez Internet rozwijał się ich związek. Na pierwszą randkę umówili się wieczorem. Mark kupił jedzenie na wynos w chińskiej knajpce na rogu, Bryan zrobił to samo dwa i pół tysiąca kilometrów dalej, w swoim Austin. Zapalili w domach świece i mogli cieszyć się swoim towarzystwem i romantycznym nastrojem dzięki kamerom internetowym. Wkrótce zaczęli ze sobą sypiać. Mark stawiał przy łóżku monitor i kamerę, Bryan tak samo i mogli się sobą cieszyć nawet w nocy.

W realu (też z Mikołaja Reja) spotkali się po raz pierwszy po roku i ich związek zaczął się sypać. Mark - jak sam wyznaje na swojej stronie webowej - zrozumiał, że chodziło mu nie o Bryana, ale o własnego Maca. "Bryan, mój cyberchłopak, był pod wieloma względami tym samym, czym mój Power Mac G3, telefon i kamera internetowa. Żył wewnątrz komputera, który mogłem kontrolować jednym przyciskiem, jak światło. Chłopak doskonały".

Wyznania Marka otworzyły mi oczy. Czy aby coś podobnego nie spotyka moich paru znajomych, którzy interesują się Macami? Może za bardzo się interesują? Może, jak Mark, stali się fetyszystami zorientowanymi na obiekty nieożywione. Na Macintoshe po prostu. Gruby? Tak, on prawie na pewno. Jurek? Zawsze zapalały mu się małe oczka, gdy mówił o swoich Macach. Taki dumny, że ma ich aż sześć. Max? Nawet żonę poznał przez sieć.

Przyznaję, do tej pory nie zwracałem na to wszystko uwagi. O tym, że ten fetyszyzm szerzy się jak epidemia, przekonała mnie recenzja serialu "Seks w wielkim mieście" w "Gazecie telewizyjnej": "Przyjaciółki i kochankowie interesują Carrie wyłącznie jako temat do jej intymnego pamiętnika pisanego na ślicznym laptopie marki Macintosh PowerBook G3. (...) Można mieć wrażenie, że jedyną istotą (?) w jej otoczeniu, z którą Carrie odczuwa emocjonalny związek, jest właśnie ten laptop, co podkreślono zresztą w odcinku "My Motherboard, Myself" (nieprzekładalna, acz ciekawa gra słów - dosłownie «Moja płyta główna i ja», ale jednocześnie nawiązanie do tytułu głośnej książki Nancy Friday "Moja matka i ja", opowiadającej o tym, jak relacje z matką wyznaczają życie seksualne kobiety; tutaj w roli matki występuje komputer)".

Ten makintoszowy fetyszyzm naprawdę eksplodował po premierze iMaca. Pamiętacie jeszcze te japońskie "iMac girls" - rysunkowe postacie rodem z mangi, tyle że odziane w kolorowy, półprzezroczysty plastik? A iBratora, który pojawił się tuż potem? Sam Apple podsycał te namiętności, choćby reklamą kolorowego iBooka, w której Jeff Goldblum pytał (retorycznie, rzecz jasna), czy można zakochać się w komputerze?

Ale warto pamiętać, wiosna kiedyś się skończy. Apple chyba znowu woli budować demony prędkości niż demony seksu. Nawet logo zmienił na jednobarwne, bo - jak twierdzą niektórzy - tęcza za bardzo kojarzyła się z symbolem Gay Liberation Movement, czyli Ruchem Wyzwolenia Gejów (ciągle ten Rej). Wreszcie, w ostatnich tygodniach Apple zakończył produkcję oryginalnego iMaca, który budził takie namiętności. Dziś krągłe kształty podkreślone gorącym kolorem zostały zastąpione przez sylwetkę płaską i chłodną. iMac z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem budzi zgoła inne skojarzenia niż kiedyś Bondi. "Nowy iMac ma cechy małego dziecka, które potrzebuje opieki" - twierdzi Geoffrey Miller, psycholog z uniwersytetu w Nowym Meksyku. "Ma ogromną głowę i jednocześnie wiotką szyję i ciało, jakby chciał powiedzieć: "Spójrz, mam duży mózg, więc warto się mną zajmować, ale moja szyja jest taka delikatna; potrzebuję twojej opieki. Proszę, nie porzucaj mnie dla Della"".

Od teraz żadnych brudnych myśli. Przecież nie można zakochać się w dziecku, prawda?


Zobacz również