Janus z Redmond

Niewielu jest chyba ludzi na Ziemi, którzy nie zareagowaliby na nazwę Microsoft. Firmę Billa Gatesa można albo bezgranicznie kochać, albo równie silnie nienawidzić.

Niewielu jest chyba ludzi na Ziemi, którzy nie zareagowaliby na nazwę Microsoft. Firmę Billa Gatesa można albo bezgranicznie kochać, albo równie silnie nienawidzić.

To rozszczepienie widać już choćby w samej nazwie firmy - jak u licha może się nazywać "micro" coś, przy czym przedrostek "mega" wydaje się niestosownie wręcz mały. Gigant, potentat, kolos, olbrzym z Redmond - tak zwykle mówi się o Microsofcie, a dziennikarze i felietoniści prześcigają się w wymyślaniu coraz to potężniejszych przymiotników. Co ciekawe, fascynacja wielkością koncernu założonego przez Gatesa cechuje zarówno tych, którzy piszą o nim źle, jak i tych, którzy równie mocno mu kadzą.

My, użytkownicy Macintoshy, jak mało kto stykamy się co dzień z dwiema stronami microsoftowej natury. Z jednej strony, straszy nas windowsowa maszkara, rzucająca cień na 90 z hakiem procent rynku komputerowego. Z drugiej, uśmiecha się do nas niemal macintoshowa buźka MBU, czyli Macintosh Business Unit - firmy należącej wprawdzie do tego samego koncernu, ale produkującej zupełnie inne oprogramowanie. Istny Janus - stare bóstwo o dwóch różnych twarzach.

Zły Microsoft jeszcze w latach 80. - mając do dyspozycji prototypy Macintosha - zaczął na własną rękę opracowywać konkurencyjny graficzny system operacyjny. Wprawdzie Bill Gates bronił się potem, że przecież Apple też skopiowało pomysł z laboratoriów Xeroxa, ale różnica polegała na tym, że to "piraci Jobsa" uwierzyli, że fascynujący pomysł Xeroxa da się przenieść na domową maszynę za niewiele ponad tysiąc dolarów (fakt - w miarę postępu prac cena rosła, ale nawet nie zbliżyła się do astronomicznej kwoty 20 tys. dolarów, jakiej Xerox żądał za komputer Star). Laury należą się śmiałkom, którzy udowodnili, że ten karkołomny pomysł da się zrealizować. Wszystko co było potem, było już tylko mierną kopią. Kopią i kopem ze strony Microsoftu. Jak to się skończyło - wiemy doskonale. Nieudolnie sklecony system Microsoftu powoli, acz stanowczo - wspierany masowym marketingiem - przyćmił Mac OS-a. Rzecz jasna, tylko ilościowo, bo jakością mu na razie nie dorównał.

Ale nie należy zapominać, że tamten Microsoft miał też drugą twarz - stworzył m.in. Excela - arkusz kalkulacyjny, którego znaczenie dla Macintosha trudno przecenić.

W sierpniu 1997 r. kiedy Apple chwiało się nad przepaścią bankructwa, Microsoft był już od dawna "gigantem z Redmond". W powszechnej opinii wypasł się tak na krzywdzie Apple'a - tym większe więc zdziwienie przeżyli uczestnicy MacWorld Expo w Bostonie, kiedy okazało się, że nemezis Apple'a nagle okazuje się... dobrym hojnym wujaszkiem. 150 mln dolarów - to najmniejsza suma, za jaką można było sobie kupić rewelacyjne laboratorium przy 1 Infininte Loop w Cupertino. A w promocji Microsoft dostał pokój prawny z Apple'em w kwestii podobieństwa Windows do Mac OS-a. Tak mówili złośliwi. Ale należy pamiętać, że Microsoft mógł wtedy ukręcić łeb Apple'a (jak w tym dowcipie o Stalinie - "a mógł zabić..."). Co więcej, "dobra twarz" Microsoftu rzeczywiście wywiązuje się ze zobowiązań i publikuje coraz to nowsze wersje programów na Macintosha, które po prostu przewyższają jakością pecetowe odpowiedniki.

Przez Usenet przetoczyła się we wrześniu minidyskusja na temat użytkowników Macintoshy i programów Microsoftu. Jeden z internautów nie mógł się nadziwić - jak to? Macintoshowcy używają programów Microsoftu? Chodziło o program pocztowy. No i jak tu wytłumaczyć komuś z zewnątrz, że owszem, Microsoft nie jest bohaterem naszych snów, ale jego Entourage z pakietu Office 2001 to bodaj najlepszy program pocztowy i kalendarz, jaki można na Macintosha znaleźć? Jak wytłumaczyć, że pecetowy Outlook nawet się do niego nie umywa? Zawsze można pokazać jeszcze, jak się instaluje makowe Office 2001 - wystarczy przeciągnąć teczkę z płyty na dysk i już. Niby Microsoft, a jakiś inny. Think different.

Ale żeby nie było tak słodko, warto przypomnieć też, że świetna przeglądarka Internet Explorer na Macintosha odznacza się niespożytą energią w pożeraniu dostępnej pamięci, a czasami potrafi tak zawiesić komputer, że jedyne co można zrobić, to twardy restart (z wyłącznika). To grymas drugiej twarzy Janusa.

Na wszelki wypadek ten tekst napisałem w BBEdit.

<hr size="1" noshade>* Felieton powstał już po 11 września. To, co stało się w Nowym Jorku, w Waszyngtonie i pod Pittsburghiem na długo - o ile nie na zawsze - zmieni nasz sposób postrzegania świata i zburzy poczucie bezpieczeństwa. Po zamachach z pomocą Amerykanom pospieszyło m.in. wiele firm informatycznych, w tym i Apple, i Microsoft. Wobec ogromu katastrofy jesteśmy bezradni. Ale bezsilni - pod adresem http://lightacandle.sol.dk/ można zapalić wirtualną świeczkę za ofiary (do końca września zdecydowało się na to 1,5 mln osób!), można wpiąć w klapę (obok znaczka jabłuszka) żółtą wstążkę jako znak solidarności z USA. A przede wszystkim można i należy pamiętać.

Dariusz Ćwiklak jest dziennikarzem "Gazety Wyborczej".

Jego wielką pasją są Macintoshe; niestety, jak donoszą dobrze poinformowane źródła, w domu używa również najprawdziwszego peceta z systemem Windows.


Zobacz również