KRRiT miałby prowadzić rejestr usług medialnych oferowanych w Internecie

Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji - którą w ekspresowym tempie uchwala Sejm - to kolejna, niezbyt fortunna próba dopasowania starych ram prawnych do nowych technologii informacyjnych. W dodatku jej autorzy tłumaczą się unijnymi przepisami.

Czytaj też:

Mija rok od spotkania Donalda Tuska z przedstawicielami organizacji zajmujących się wolnością Internetu

Ranga debaty obudziła wtedy na krótko nadzieję na szersze wykorzystanie społecznościowych mechanizmów sieci w procesie stanowienia prawa i demokratyzowaniu państwa. Ustawa medialna pokazuje po raz kolejny, że taka debata jest niezbędna.

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji - przyjęty w trzecim czytaniu przez Sejm bez ani jednego głosu sprzeciwu - definiuje usługi medialne i przewiduje wprowadzenie obowiązku ich zgłaszania do administracyjnego wykazu. Tym samym, regulacja ustawowa obejmie świadczenie usług medialnych w Internecie w ramach działalności gospodarczej. Można optymistycznie założyć, że stworzenie narzędzia prawnego dającego Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji powód do zapanowania nad całym polskim Internetem, a tym bardziej wprowadzenie cenzury, nie było intencją autorów rządowego projektu. Zorganizowanie takiego systemu byłoby kosztowne i technicznie prawie niewykonalne.

Jednym z podstawowych problemów z poprawianiem polskiego prawa dla rynków mediów jest to, że pomimo licznych nowelizacji ustawa o radiofonii i telewizji z 1992 r. traktuje nadal przede wszystkim o administracyjnej kontroli nad rynkiem nadawców, w tym nadawaniem im uprawnień do działalności. Unijna dyrektywa spraw koncesjonowania uprawnień, rejestru programów, wykazu usług audiowizualnych w ogóle nie dotyczy.

KRRiT już teraz ma logistyczne problemy z monitorowaniem całej działalności nadawców telewizyjnych. Koncepcja rejestru i wykazu tego co oferują różnej kategorii usługodawcy w Internecie budzi opór, bo próby jej wdrożenia w ewidentny sposób ograniczyłyby - przy najmniej na jakiś czas - inicjatywę i kreatywność bez żadnych sensownych korzyści społecznych. Ustawodawca tłumaczy się obowiązkiem transpozycji unijnej dyrektywy o usługach medialnych. Twierdzi, że chodzi mu wyłącznie o tych, którzy uprawiają profesjonalną działalność w dziedzinie mediów elektronicznych. Nie potrafił jednak zadawalająco wytłumaczyć, co taką działalnością nie jest, chociaż podczas prac sejmowych starano się poprawić pod tym kątem zestaw definicji. Sytuację komplikuje to, że obecnie w Internecie - szczególnie w mediach społecznościowych - pojawiają się dziesiątki innowacyjnych modeli zarabiania na oferowaniu treści multimedialnych, które trudno będzie skategoryzować pod kątem obowiązku rejestrowego.

Media regulowane próbują się przystosować

Świat mediów elektronicznych jest całkowicie inny, niż w roku 1989, kiedy w Unii Europejskiej przyjęto pierwsze wspólne uregulowanie w sprawie oferowania na wspólnym unijnym rynku programów - dyrektywę o telewizji bez granic. Wtedy, w następstwie rozpoczętej liberalizacji rynku usług telekomunikacyjnych, dopiero zaczęli się pojawiać pierwsi komercyjni nadawcy satelitarni, których zasięg przekraczał granice państw. Przepisy unijne miały zapewnić swobodę świadczenia usług telewizji na obszarze Europy, określając m.in. system prawny jakiego państwa stosuje się do uregulowania działania nadawcy, prawa do utworów, w jaki sposób zapewnić interes publiczny, chronić konsumenta, jak promować kulturową tożsamość i różnorodność Europy, poszczególnych państw i mniejszości.

Rozwój technologiczny, postępująca liberalizacja całego sektora telekomunikacji, Internet, mobilność dostępu do usług zmieniały i nadal będą zmieniać kontekst tych regulacji. Dyrektywę nowelizowano, a w 2011 r. ukazało się jej nowe brzmienie, z nową numeracją przepisów i nazwą. Teraz regulacja ta nazywa się dyrektywą o usługach audiowizualnych. Dla wszystkich jest jasne, że wiele wątków będzie przedmiotem dalszych dyskusji i zmian, szukania kompromisów lub zupełnie nowego podejścia w takich obszarach, jak prawa własności intelektualnej, wyłączne prawa do transmisji, usługi płatne, media społecznościowe.

Porównując projekt nowelizacji polskiej ustawy z źródłową dyrektywą można zauważyć, pewną wyższość konstrukcji prawa unijnego, które poprzedza przepisy dyrektyw rozbudowanymi preambułami, zawierającymi obowiązujące wskazania interpretacyjne. Chodzi o dosyć przejrzyste, oparte o przykłady wyjaśnienie, że regulacja obejmuje tylko usługi masowego przekazu, ale nie obejmuje działalności, która nie stanowi konkurencji dla przekazu telewizyjnego, w tym niekomercyjnej dystrybucji treści audiowizualnych wytworzonych przez prywatnych użytkowników w celu ich udostępniania. Oferowanie treści audiowizualnych w formie audycji może być uregulowane, jeżeli jest celem i główną działalnością danego podmiotu, a nie powinno być, kiedy jest działalnością pomocniczą. Przytoczono tu ciekawy - z punktu widzenia naszych lokalnych polskich dyskusji - przykład. Poza tą regulacją znajdują się strony hazardowe i strony z grami losowymi. Regulacją jest za to objęte pokazywanie niemych filmów, ale nie jest objęte przekazywanie transmisji dźwiękowych, usług radiowych, elektronicznych wersji gazet i czasopism.

Pilnowanie polskich mediów

Przyjęło się, że transpozycja kolejnych wersji podstawowych unijnych przepisów medialnych do polskiego prawa następuje w ustawie o radiofonii i telewizji. Autorzy projektu ustawy nowelizującej zdają sobie chyba sprawę, że to metoda ułomna, bo w uzasadnieniu napisali, że przygotowanie nowego aktu prawnego byłoby możliwe jedynie przy istnieniu całościowej koncepcji nowego ładu mediów elektronicznych, która wymagałaby dyskusji, na którą nie ma czasu. Termin wdrożenia dyrektywy z 1997 r. jest już przekroczony o mniej więcej 15 miesięcy. Przepychanki o składy zarządów mediów publicznych spowodowały, że ta zaległość schodziła na drugi plan. Co by jednak nie wstrzymywało tych prac legislacyjnych aż tak długo, przyjęcie teraz nagle pilnego trybu prac nad ustawą można odbierać jako nadużycie. Skutkuje to ograniczeniem publicznej dyskusji, pozwalającej uniknąć obecnej frustracji zwolenników wolności mediów internetowych.

Jednym z podstawowych problemów z poprawianiem polskiego prawa dla rynków mediów jest to, że pomimo licznych nowelizacji ustawa o radiofonii i telewizji z 1992 r. traktuje nadal przede wszystkim o administracyjnej kontroli nad rynkiem nadawców, w tym nadawaniem im uprawnień do działalności. Unijna dyrektywa spraw koncesjonowania uprawnień, rejestru programów, wykazu usług audiowizualnych w ogóle nie dotyczy, a jeżeli szukać jakiś powiązań, to są tylko bardzo pośrednie i odległe, np. poprzez określanie ram prawnych dla niektórych powinności, mających zapewnić interes publiczny. Trudno zrozumieć głębszy sens tworzenia kolejnego wykazu lub kolejnego obowiązku sprawozdawczego dla przedsiębiorców, którzy dostrzegli interes w oferowaniu treści multimedialnych. Lepiej wykorzystać kapitał społeczny, zamiast pozwolić biurokratom go wygaszać.


Zobacz również