Kablując na kabelek

W piekle informatyki smażyć się będą w najgorętszym kotle tuzy rynku ze Steve'em Jobsem i Linusem Torvaldsem na czele, a w małych kociołkach użytkownicy-szatani będą polewać gorącą terpentyną pomniejszych "innowatorów".

W piekle informatyki smażyć się będą w najgorętszym kotle tuzy rynku ze Steve'em Jobsem i Linusem Torvaldsem na czele, a w małych kociołkach użytkownicy-szatani będą polewać gorącą terpentyną pomniejszych "innowatorów".

Piszę to pod wrażeniem serii ostatnich doświadczeń i nie mogę wykluczyć, że niektórzy mniej obrzydliwi z wymienionych mogą jeszcze dokonać aktu skruchy i pomyślnie przejść beta-testy w czyśćcu. Ale w masowe grzechów odpuszczenie nie wierzę.

Kiedy Bóg miał zdefiniować przyjazność, prostotę, wygodę i intuicyjność, pomilczał chwilę, po czym powiedział: "Będziecie po prostu czymś przeciwnym do Linuxa". Siadamy do peceta i na gołym dysku instalujemy Linuxa Slackware 7. Kompakt ładnie startuje, wali po oczach sztafażem graficznym z roku 1980 i po chwili dochodzimy do polecenia "wskaż, z jakiego źródła chcesz instalować Linuxa". Nie ma innej opcji, system jest tylko na płycie CD, startując sprawdził konfigurację komputera, ale mimo to pyta, gdzie on sam jest! Tak mnie to zachwyciło, że czym prędzej zainstalowałem Linuxa Corela 1.0, bo pomyślałem sobie, że jak się tak zaczyna, to co będzie dalej?

Wiem, że teraz napadną na mnie miłośnicy Linuxa, bo oni uwielbiają w celu uruchomienia czegokolwiek z CD wpisać szereg literek i cyfr, zamiast po prostu kliknąć w płytę. Miałem jednak w ciągu minionych paru lat osobiste doświadczenia z Mklinuxem, LinuxemPPC 2000 i innymi dystrybucjami i powiem szczerze - w ciągu tylu lat można było przynajmniej na tyle rozwinąć system, żeby do jego obsługi nie była potrzebna habilitacja. Problem z Linuxem tkwi tam, gdzie jego siła: tworzą go tysiące entuzjastów na całym świecie, więc nosi on piętno ich umiejętności i potrzeb. To tak, jakby książki pisali pisarze dla siebie, mechanicy dla siebie budowali samochody, a piekarze piekli tylko to, co im samym smakuje. Chodzilibyśmy więc pieszo, bo kryteria mechanika niekoniecznie pokrywają się z kryteriami głowy czteroosobowej rodziny, która chce dojechać wygodnie nad morze.

Ale czemu znęcam się nad Linuxem, kiedy moja ulubiona firma Apple znów wykonała jakąś dziwaczną woltę w celu uprzykrzenia życia użytkownikom? Czy odkryliście, Drodzy Czytelnicy, że nowe Maki nie mają wejścia dźwięku? Przez całe lata wystarczył kabelek z dwoma minijackami, żeby na Macu nagrywać, np. audycje radiowe. Niżej podpisany w czasach reporterskich włóczęg po świecie przegrywał takim kabelkiem na twardy dysk cały wywiad z dyktafonu, zamieniał dźwięk na MP3 i wysyłał do macierzystej redakcji, gdzie go przepisywali. Można było, oczywiście, w ten sposób sobie nagrać z radia ulubioną audycję lub wsadzić tam mikrofon, by do filmu QuickTake dołożyć wypowiedzi własnych pociech. Teraz tę możliwość zlikwidowano. Dlaczego? Zaoszczędzono na każdym komputerze z piętnaście dolarów, proponując w zamian użytkownikom kupienie kolejnej przejściówki USB-Audio. Przejściówki takie, póki co, produkuje jedna firma na świecie, Griffin Technology, i sprzedaje je wysyłkowo.

Firma Apple zaoszczędziła więc swoje 15 dolarów, a każdy, kto chce nagrywać dźwięki, musi dziś wydać jakieś 50-60 dolarów ekstra. Przytomni użytkownicy zauważą w tym momencie, że może i słusznie - nie każdy z tej możliwości korzystał, a każdy musiał za to płacić. No, to tą metodą można by wyeliminować z komputerów także porty FireWire, USB, Ethernet, PCMCIA, a nawet napędy CD. Zawsze znajdzie się ktoś, kto z nich nie korzysta. Pozwolę sobie zauważyć jednak, że takie komputerki-kadłubki do składania w miarę rozwoju potrzeb już na rynku są, i działa na nich Windows Me.

Z innej beczki. Od kilku dni - zakładam - jest na rynku system operacyjny Mac OS X. Do 14 marca testerzy legalnej wersji beta na całym świecie mogli składać zamówienia na nowy system z 30-dolarową zniżką. Dostali ją jednak w efekcie tylko ci, którzy kupili Mac OS-a X Public Beta w sieciowym sklepie firmy Apple. Tysiące Europejczyków, które po PB pojechały na paryskie Apple Expo i cierpliwie stały w kolejce, tej możliwości pozbawiono. Promocja nie zaistniała również w Polsce, co polecam uwadze przedstawicieli Apple Poland, jako okoliczność obciążającą ich sumienia. Absolucja jest jeszcze możliwa, jeśli na serio się myśli o polskim rynku.

Aha! Napisał do mnie Marcin z Ząbkowic Śląskich, użytkownik iBooka. Marcin, młody grafik, nie ma rąk i nóg, obsługuje komputer trzymając kredkę w ustach. Poszukuje kontaktu z innymi użytkownikami Macintoshy ze swojej okolicy. Od siebie dodam, że jeżeli są instytucje i osoby zainteresowane udzieleniem Marcinowi jakiejś pomocy przy komputerze, to proszę o kontakt ze mną na adres poczty elektronicznej.

Autor jest dziennikarzem katowickiej "Trybuny Śląskiej", animatorem spotkań MacWarsztaty i najbardziej złośliwym korespondentem listy dyskusyjnej "Szarlotka". jbebak@gtp.com.pl


Zobacz również