Kino na krawędzi

Miejmy nadzieję, że reforma polskiego przemysłu filmowego zaowocuje wreszcie wymiernym sukcesem artystycznym.

Miejmy nadzieję, że reforma polskiego przemysłu filmowego zaowocuje wreszcie wymiernym sukcesem artystycznym.

Czy jest możliwe, aby wśród 40 mln obywateli naszego kraju nie znalazło się kilkunastu, którzy posiedliby zdolność stworzenia dobrego kina? Statystycznie rzecz biorąc nie! Jeżeli więc przyczyna nie leży w braku artystycznych zdolności naszych rodaków, to dlaczego rodzima kinematografia stoi na krawędzi przepaści?

Chaos przemysłowy

Kino to przemysł, który finansuje, produkuje, lansuje, a także gromadzi i konserwuje materiały filmowe. Dodatkowo działa na pograniczu gospodarki i sztuki. A zatem wymaga takiego zarządzania, które rozwija działalność rynkową i jednocześnie chroni to, co należy do sztuki, a co wolny rynek w celach komercyjnych nierzadko redukuje. Kiedy to zrozumiemy, będziemy wiedzieli również, jak trudne jest zarządzanie kulturą filmową. Jeżeli dodamy do tego fakt, że sposób zarządzania kinematografią praktycznie nie uległ zmianie po 1989 r., nietrudno wyobrazić sobie, w jakim chaosie znajduje się obecnie polski rynek filmowy. Oprócz prywatnych producentów i dystrybutorów, próbujących z trudem podporządkować się twardym zasadom wolnego rynku, funkcjonuje również szereg instytucji dziwolągów, a także instytucji niezwykle potrzebnych, ale zapomnianych przez państwo, które powinno sprawować nad nimi mecenat. I tak w miejsce Zespołów Filmowych, funkcjonujących jako jedyne zaplecze produkcyjne w PRL-u, powstały półpaństwowe studia filmowe, które otrzymują dotację państwową, natomiast zyskami gospodarują już jak prywatne spółki (!). Film Polski powołany jeszcze przed 1989 r. miał być państwową instytucją, która promuje polskie kino za granicą. Obecnie, ze względu na brak funduszy, rozbudowany aparat administracyjny właściwie zatracił swoją funkcję. Działalność Filmu Polskiego sprowadza się do przesyłania gromadzonych tam kopii polskiej klasyki, cudem opatrzonych obcojęzycznymi napisami, na retrospektywy i przeglądy twórczości poszczególnych reżyserów. I tyle. Nie jest to zamierzone lansowanie polskiego kina, oparte na konkretnych projektach, a raczej wydawanie z magazynu tego, o co ktoś z zagranicy czasami poprosi. Każdy reżyser czy producent samodzielnie wysyła swoje filmy na międzynarodowe festiwale. Jest wreszcie Filmoteka Narodowa, ale wieloletni brak jakiegokolwiek sensownego zainteresowania tą instytucją spowodował, że nasze dziedzictwo filmowe wygląda jak jedna wielka ruina, a "stare kino" znika bezpowrotnie na naszych oczach.

Nad tym przerażającym chaosem niepodzielną władzę przez wiele lat sprawował Komitet Kinematografii, którego przewodniczący był mianowany przez premiera na wniosek ministra kultury. Wszystkie podległe mu instytucje filmowe były od niego zależne w stu procentach.


Zobacz również