Konieczna reanimacja

Niemiecki rząd i opozycja wspólnie wypracowały dość ambitny pakiet reform służby zdrowia, dwa miesiące po tym, jak francuski rząd przeforsował zmiany ograniczające hojność systemu emerytalnego. Czyżby z powodu złej sytuacji gospodarczej w Europie przeciwnicy reform tracili zdolność do walki? – pyta The Economist.

Reformy służby zdrowia ogłoszone w tym tygodniu przez niemiecki rząd, zresztą przy zdecydowanym poparciu opozycji, trudno nazwać rewolucyjnymi. Obciążenie pracodawców z tytułu składki na opiekę zdrowotną pracowników ma spaść z 14,4% wynagrodzenia do wciąż wysokich 13% do 2006 roku. W dodatku w skali krajowej wydatki na służbę zdrowia wcale nie zostaną zmniejszone. Niższa składka wiąże się po prostu z transferem kosztów: np. leczenie dentystyczne będzie opłacane z indywidualnych kieszeni, a nie tak jak dotąd przez państwo. Minister zdrowia został również zmuszony do odrzucenia bardziej radykalnych propozycji, takich jak pozwolenie funduszom zdrowia na kontrakty z indywidualnymi lekarzami (teraz stosowane są porozumienia ze stowarzyszeniami lekarzy).

Jednak jak na niemieckie standardy, reforma jest radykalna. Minister zdrowia Ulla Smidt ma ponadto nadzieję, że większa jawność pozwoli na ukrócenie oszustw i poprawi efektywność. Co więcej, sukcesem rządu jest wprowadzenie reformy nawet w takiej formie i jest to niewątpliwie znak, że w Niemczech zaczęto myśleć realistycznie o możliwościach wyjścia z fatalnej sytuacji gospodarczej.

Niemcy nie są wyjątkiem w skali europejskiej. We Francji centroprawicowy rząd Jean-Pierre Raffarin’a zdołał przeforsować bardzo niepopularną reformę systemu emerytalnego, choć towarzyszyły temu wielotysięczne uliczne protesty. W ostatnim tygodniu zaś rząd francuski ukatrupił kolejną świętą krowę, obcinając wysoką, stałą stopę procentową w największym francuskim programie oszczędnościowym Livret A. Zaś włoski premier, Silvio Berlusconi mówi o liberalizacji kodeksu pracy i ułatwieniu pracodawcom zwalniania pracowników. Wygląda na to, że w Europie zaczyna się już dostrzegać konieczność tego typu reform, mimo, że są one dla niego niewygodne.

Sytuacja jest bardzo ciężka, zwłaszcza w Niemczech, którym przypadł wątpliwy zaszczyt bycia najwolniej rozwijającą się gospodarką wśród państw Unii Europejskiej przez 3 ostatnie lata. A w dodatku niektórzy ekonomiści przewidują, że w tym roku będzie jeszcze gorzej – zmniejsza się produkcja przemysłowa i zamówienia w sektorze wytwórczym. Dla niektórych Niemców jeszcze bardziej niepokojące są dane o bezrobociu sięgającym już 10%, choć wciąż jest ono niższe niż w byłych państwach komunistycznych (ponad 18%).

Kondycja niemieckiej gospodarki spędza sen z oczu kanclerzowi Gerhardowi Schroederowi, któremu w 1998 roku nie udało się przeprowadzić reform. W tym roku zaproponował pakiet reform gospodarczych pod nazwą Agenda 2010, który zawiera plany redukcji niemieckich zasiłków dla bezrobotnych, ułatwienie małym firmom zatrudniania i zwalniania pracowników (jednocześnie pracownicy dużych firm będą nadal chronieni licznymi przepisami), reformy systemu emerytalnego i służby zdrowia. Rząd zapowiada, że cięcia w podatkach i wydatkach socjalnych już zaowocowały utworzeniem 930 tys. czasowych lub na niepełnowymiarowych miejsc pracy.

Wprawdzie reformy kanclerza Schroedera spotkały się z bardzo silnym sprzeciwem niemieckich związków zawodowych, jednak widać wyraźnie, że rola związków zaczyna słabnąć i mają coraz mniejszy wpływ na gospodarkę.

Niemieccy reformatorzy wciąż mają długą drogę przed sobą. Podobnie jak Francja czy Włochy, niemiecki rząd musi poradzić sobie z kombinacją wysokich emerytur i rent, starzejącego się społeczeństwa i malejącej liczby urodzin.

We Francji zaczęto od propozycji, aby pracownicy na poczet swoich przyszłych emerytur płacili więcej i przez dłuższy czas. W odpowiedzi związki zawodowe rozpoczęły strajki, które niemal sparaliżowały kraj. Związki były przekonane, że mogą pokrzyżować plany rządowe – kiedy poprzednio francuski premier ośmielił się zaproponować taką reformę, musiał ustąpić ze stanowiska. Jednak tym razem okazało się, że postawa społeczeństwa uległa zmianie – cierpliwość dla niekończących się strajków już się skończyła. Teraz rząd, zachęcony sukcesem z reformą emerytalną, zamierza pójść dalej i zająć się prywatyzacją, reformami służby zdrowia, edukacji i sektora publicznego.

Wysiłki podejmowane przez Francję i Niemcy, mające wyprowadzić te kraje z zapaści ekonomicznej, są dość podobne. Oba państwa zamierzają wprowadzić reformy strukturalne, obniżyć podatki, oba też ze wszystkich sił starają się nie przekroczyć w tym roku 3-proc. limitu deficytu budżetowego zastrzeżonego w unijnym Pakcie Stabilizacji i Wzrostu. Może się jednak zdarzyć, że obydwa kraje przekroczą ten limit, a później będą się nawzajem wspierać w głosowaniu przeciwko wysokim karom, które to za sobą pociąga. Mogą też użyć groźby przekroczenia limitu jako kontrargumentu dla przeciwnych reformom związków zawodowych.

Na podstawie: „Reviving the sick men of Europe”, The Economist, 23 lipca 2003 r.


Zobacz również