Krew na obiektywie

Kiedy film zamienia się w koszmar, bo naturalistycznie ukazuje sceny przepojone okrucieństwem i przemocą - niektórzy widzowie chowają twarz w dłoniach lub wyłączają telewizor. Ale inni, z sadystyczną przyjemnością, pogryzają w tym czasie słone orzeszki.

Kiedy film zamienia się w koszmar, bo naturalistycznie ukazuje sceny przepojone okrucieństwem i przemocą - niektórzy widzowie chowają twarz w dłoniach lub wyłączają telewizor. Ale inni, z sadystyczną przyjemnością, pogryzają w tym czasie słone orzeszki.

Według oficjalnej wersji, gore po raz pierwszy pojawił się wraz z Nocą żywych trupów George'a A. Romero, czarno-białym filmem z 1968 r. Reżyser przedstawił w nim makabryczne zombi, szerzące śmierć i spustoszenie. Zrezygnował przy tym z pokazywania zagrożenia w szerszej perspektywie i ograniczył je do minimum. Główni bohaterowie są zamknięci w domu, a wokół niego kłębią się groźne zombi. Siła tego niskobudżetowego filmu okazała się niezwykła, obraz wzbudził zainteresowanie widzów żądnych mocnych wrażeń i dał początek nowemu gatunkowi filmowemu.

Powiew grozy

To był przełom po dość nudnych latach 50., kiedy to horror jako gatunek przeżywał kryzys i nie ewoluował, a twórcom wyraźnie brakowało pomysłów. Królowały wówczas przeważnie produkcje wytwórni Hammer i Roberta Cormana. Niebawem jednak sytuacja się zmieniła. Nadleciały Ptaki Alfreda Hitchcocka i zapanowała niesamowita atmosfera Psychozy. Na nowo zaczęły odradzać się wątki sataniczne. W cieniu wielkich filmów grozy powstawały produkcje niezależne. Należą do nich Krwawe dziwolągi (Blood Feast) Herschella Gordona Lewisa (nie mylić z Krwiożerczymi dziwolągami Joela M. Reeda, czyli Bloodsucking Freaks), który zyskałby niewątpliwie miano najgorszego reżysera wszechczasów, gdyby nie sława Eda Wooda. Właściwie to jemu należałoby przyznać palmę pierwszeństwa w powołaniu do życia gatunku gore. Gwoli ścisłości, zombi czy kanibale pojawiali się w filmach o wiele wcześniej, np. u Vala Lewtona w latach 40. Początkowo ich makabryczną istotę osnuwała mroczna mgiełka tajemnicy. Wyzbyte realności, a przez to bezpośredniości przekazu obrazy były bardziej zbliżone do koszmaru sennego aniżeli rzeczywistości. Nowe zombi były straszne, ale jeszcze mniej przewidywalni okazali się szaleńcy.

Szaleńcy

Noc żywych trupów była sygnałem, że pojawiło się coś nowego. Potwierdził to Tobe Hooper, który w 1974 r. nakręcił Teksańską masakrę piłą mechaniczną (The Texas Chain Saw Massacre). Krew polała się z ekranu prosto na sparaliżowanych z przerażenia widzów. Zburzony został spokojny sen amerykańskiej rodziny. Sawyerowie, bohaterowie filmu, byli po prostu rzeźnikami. Nikt nie przypuszczał, że widzów może pasjonować torturowanie ofiar i zabijanie ich piłą. Scenariusz nawiązywał jakoby do prawdziwej historii, która wydarzyła się w Teksasie rok wcześniej. Tak czy inaczej okazało się, że w kinie grozy można pójść krok dalej.


Zobacz również