Kto zapłaci za studia

Nie tylko w Polsce trwa publiczna debata nad sposobami finansowania uczelni wyższych. Jeśli uniwersytety mają być naprawdę wolne i niezależne, większość studentów będzie musiała płacić czesne - pisze The Economist.

Uniwersytety kojarzą się z symbolami – od średniowiecznych akcentów w uroczystościach immatrykulacji, po gadżety z nadrukowanymi herbami tych instytucji. Jednak dla wielu uniwersytetów, zwłaszcza w Europie (głównie w Wielkiej Brytanii), bardziej pasującym emblematem byłyby zaniedbane, stare budynki, rozpadające się książki z oślimi rogami i zblazowani studenci. Rząd brytyjski rozważa zwiększenie dopływu prywatnych pieniędzy do wyższych uczelni. Nad rozwiązaniem problemu finansowania uniwersytetów zastanawiają się również pozostałe państwa europejskie i kraje rozwijające się, które rozbudowują intensywnie sektor edukacji. Podstawowym pytaniem pozostaje, na ile zaangażowanie państwa jest dobre dla uczelni.

Ogólnie rzecz biorąc, są dwa modele prowadzenia uniwersytetów. Mogą one być autonomicznymi instytucjami, zależnymi głównie od prywatnych wpływów, takich jak czesne, donacje i inwestycje, lub finansowane przez państwo i (w rezultacie) przez państwo prowadzone. Kwitnące uczelnie amerykańskie działają według pierwszego schematu, europejskie – według drugiego. Ostatnio rząd brytyjski zaczął skłaniać się ku wprowadzeniu modelu amerykańskiego. Projekt zakłada podniesienie stawek czesnego z obecnych 1.125 funtów do 3 tys. funtów (5.460 USD). Studenci będą mogli pożyczać pieniądze w ramach programu rządowego i spłacać kredyt, w momencie gdy zaczną już odpowiednio dużo zarabiać.

Nie jest to wiele na początek. Najlepsze uczelnie uważają, że maksymalna stawka czesnego powinna być o wiele wyższa. Jednak jest to ważna zmiana w sposobie myślenia. Po pierwsze, pieniądze dla uniwersytetów będą pochodziły przede wszystkim od ich absolwentów, a nie od ogółu podatników, po drugie, będzie to oznaczało koniec założenia, że wszystkie uniwersytety zasługują na takie same pieniądze.

I – zdaniem publicystów The Economist – jest to rozwiązanie słuszne. Tani kurs nie oznacza kursu gorszego, a istnienie drogich studiów nie jest znakiem niesprawiedliwego podziału społecznego. Jednak stara mentalność jest mocno zakorzeniona. Posługując się sloganami w rodzaju „doskonałość dla wszystkich” czy „edukacja dla wielu a nie dla nielicznych”, politycy, zwłaszcza lewicowi, pragną widzieć absolwentami wyższych uczelni coraz większe rzesze ludzi, niezależnie od wartości merytorycznej tej edukacji, kosztu czy rzeczywistych potrzeb.

Uniwersytety mogą dać pomoc osobom z gorszymi możliwościami finansowymi, ale zrobią to o wiele lepiej, jeśli państwo przestanie się do ich spraw mieszać. Rząd brytyjski usiłował przeforsować przyjmowanie na studia zgodnie z pochodzeniem społecznym (skąd my to znamy...), amerykański zaś – ustalał procentowy udział poszczególnych ras wśród ogółu studentów. Taki system jest upokarzający dla zdolnych przedstawicieli klasy uznawanej za poszkodowaną, która zapewnioną ma odpowiednią liczbę miejsc na uczelniach, ich sukces bowiem jest umniejszany. Natomiast dla osób utalentowanych z klas uznanych za uprzywilejowane jest po prostu niesprawiedliwy. Dobre uniwersytety powinny przyciągać największe talenty, niezależnie od ich pochodzenia społecznego, rasy czy płci.

Państwo może te poszukiwania talentów wspierać, może też wspierać kredyty czy akademiki dla studentów. Jednak najlepszą drogą do wprowadzenia równych szans dla studentów jest poprawa systemu oświaty i poziomu szkół średnich. W tej chwili na uniwersytety dostają się głównie absolwenci najlepszych szkół średnich, którzy wywodzą się w przeważającej większości z dość zamożnej w Wielkiej Brytanii klasy średniej.

Subsydia rządowe uzależniają, a proces uniezależniania może być bolesny. Z europejskich doświadczeń wynika, że może warto unikać znacjonalizowanego i zuniformizowanego systemu, na rzecz systemu zróżnicowanego i niezależnego. Różniące się od siebie uczelnie powinny pobierać czesne na różnym poziomie. A różne kierunki niekoniecznie muszą mieć program studiów rozpisany na trzy lata (tyle trwają studia w systemie brytyjskim). Niektóre kierunki wymagają krótszego czasu, inne dłuższego. Może warto również wziąć przykład z USA, gdzie część uczelni specjalizuje się jedynie w nauczaniu, a część koncentruje się na prowadzeniu badań. Jednak wszystkie uniwersytety powinny mieć prawo do decydowania o sobie i swoim systemie finansowania.

Na podstawie The Economist „Pay or decay”


Zobacz również