Kwestia zaufania

Blog Corante czytają wszyscy, którzy chcą albo muszą być na bieżąco z rysującymi się trendami w technologii, w nauce i w światowej gospodarce. Pisany jest przez znanych i znakomitych publicystów.

Blog Corante czytają wszyscy, którzy chcą albo muszą być na bieżąco z rysującymi się trendami w technologii, w nauce i w światowej gospodarce. Pisany jest przez znanych i znakomitych publicystów.

Nazwa blogu nawiązuje do pierwszych gazet, ukazujących się w Londynie na początku XVII wieku. Zwane były Courante, zapewne od francuskiego tańca trochę podobnego do naszej polki-galopki, więc najbliższy polski odpowiednik prasowy brzmiałby "Goniec". Corante ma 14 działów analiz nowych dziedzin gospodarki i technologii oraz 12 działów publicystycznych. Każdy dział analiz prowadzi wysokiej klasy specjalista, wizjoner bądź krytyk, a działy publicystyczne zasilają swoimi tekstami autorzy znani z łamów prasy o światowym zasięgu. Lektura zajmuje wiele godzin, ale nie trzeba się spieszyć, ponieważ każdy dział ma długą stronę domową mieszczącą artykuły z dwóch-trzech tygodni.

Czuję się nieco zakłopotany, gdy piszę "dział analiz". To nie są opasłe i systematyczne raporty firm badawczych, lecz krótkie teksty, niekiedy złożone z kilku zdań - jak to w blogu. Ale nie znajduję właściwego słowa. Być może należałoby nazwać je spostrzeżeniami. Jednakże są to spostrzeżenia ludzi bardzo dużo wiedzących o tym, o czym piszą. Na przykład dział Going Global, co można przetłumaczyć jako "Globalizujemy się". Redaktorem tego działu jest John Yunker, znany ze swych badań i książek na temat internacjonalizowania komercyjnych witryn internetowych i globalnego marketingu.

Jonh Yunker prawie wszystkie styczniowe artykuły poświęcił rosnącym rynkom azjatyckim. Nie jestem amatorem marketingu, ale kilka spostrzeżeń Johna zaciekawiło mnie. Najbardziej te o różnicach kulturowych, które warto uwzględniać, rozwijając biznes na tym największym rynku na świecie. Taka - wydawałoby się - mało znacząca ciekawostka, że w Chinach niepopularna jest smagła cera, gdyż nasuwa przypuszczenie, że opalenizna jest wynikiem wielu lat pracy w polu, a praca w polu i wiejskie pochodzenie są u bogatszych Chińczyków w pogardzie. Lecz dla inwestora jest to sygnał, że solarium nie będzie tam dobrym biznesem, natomiast doskonale sprzedawać się mogą kosmetyki "wybielające".

Fotografia chińskich samochodów i wzmianka o wykupieniu przez grupę Lenovo biznesu komputerów osobistych od IBM mogą być odczytane jako zapowiedź rychłej ekspansji chińskich producentów na rynki Zachodu. Dla mnie jest to także sygnał, że nadmiar dolarów z wielkiej nadwyżki w handlu USA musi w końcu zachęcić Chińczyków do wykupywania amerykańskiego przemysłu.

Carl Zimmer prowadzi blog poświęcony nowościom w badaniach medycznych. Blog został niedawno uhonorowany nagrodą Amerykańskiego Towarzystwa Postępu Nauk (AAAS), a autor znany jest m.in. z łamów Magazynu New York Times, National Geographic, Science i Natural History. W swojej najnowszej książce pisze o początkach neurologii, która 300 lat temu w pracowniach alchemików wyłaniała się z badań nad duszą. Na dział prowadzony przez Carla w Corante zwróciłem uwagę dlatego, że jeden z jego ostatnich artykułów wywołał burzliwą dyskusję na temat, który - jak sądziłem - wszystkich już dawno znudził. Na temat ewolucji. W artykule Carl referuje badania nad przyswajaniem przez komórki krwi dwóch cukrów, które pełnią rolę niewyjaśnioną, ale kluczową dla przetrwania ssaków. Otóż człowiek przyswaja tylko jeden z tych cukrów, a badacze wykryli, że przyczyną jest uszkodzenie pewnego genu w wyniku mutacji, która musiała nastąpić u jednego osobnika (naszego wspólnego przodka) 2,7-1,1 miliona lat temu.

W Corante zawsze najbardziej ciekawi mnie to, co dzieje się w dziale Many-to-Many. Kilkoro autorów opisuje tu na bieżąco nowe zjawiska zachodzące w świecie społeczności online, stymulowane nowymi rozwiązaniami w dziedzinie tzw. oprogramowania społecznego (social software). Niedawno tematem numer jeden była społeczność użytkowników Friendstera - aplikacji do nawiązywania znajomości. Teraz przez Many-to-Many przetaczają się burzliwe dyskusje o tzw. folksonomii. Socjologowie używają tej dziwnej zbitki słownej, gdy mówią o tym, w jaki sposób zwykły szary człowiek kategoryzuje rzeczywistość, czyli jaką taksonomię pojęć w tym celu tworzy. Zwykły szary człowiek posługuje się taksonomią płaską, skleconą po amatorsku z pojęć języka potocznego, ale użyteczną na co dzień. Zupełnie inaczej niż profesjonaliści, którzy budują swój język w postaci ściśle określonych hierarchii pojęć, od najbardziej ogólnych do najbardziej szczegółowych.

Folksonomia interesuje obserwatorów społeczności online dlatego, że społeczności te posługują się znacznikami. Jeśli napiszę albo znajdę w sieci coś interesującego, opatruję adres tego materiału znacznikiem, który dla mnie pełni rolę słowa kluczowego. Jeśli posługuję się przy tym aplikacją społeczną, to mój znacznik staje się publiczny i dany materiał odnajdą wszyscy, którzy wyszukują treści według tego słowa kluczowego. Przede wszystkim wszyscy zainteresowani tą samą tematyką co ja. Znaczniki są od ok. 10 lat w użyciu w społecznościach Wiki i przydają się do porządkowania wielkich zasobów zróżnicowanych treści. Teraz znaczniki trafiły do blogsfery za sprawą witryny Technorati, która wyświetlała ranking najbardziej popularnych tematów w blogsferze. Technorati od kilku tygodni świadczy nową usługę - wyszukiwanie blogów według znaczników. Mogę teraz znaleźć to, co mnie interesuje i odnaleźć wszystkich, którzy napisali coś w blogach na ten temat.

W tym właśnie miejscu leży pies pogrzebany! Konstruktorzy światowej WWW zgłaszają pretensje, że budowane przez lata przestrzenie nazw, służące do kategoryzowania zawartości Internetu i baz danych przeszukiwanych z Internetu zostają zignorowane, że takie witryny jak Technorati wprowadzają chaos tam, gdzie z wielkim trudem próbowano budować porządek. Zwolennicy folksonomii odpowiadają, że Internet jest siecią dla zwykłego szarego człowieka, dla którego hierarchiczne, ściśle kontrolowane słowniki są zupełnie nieprzydatne. Socjologowie podnoszą obawy, że folksonomie zepchną świadomość młodych internetowych pokoleń na manowce potoczności. Obserwatorzy zachowujący dystans uspokajają jednych, drugich i trzecich, że stanie się to, co zawsze się staje - część społeczności, które powstaną w nowej konstelacji pojęć, sama zacznie je porządkować, tak jak przed laty robiły to społeczności gophera, a dzisiaj robią to społeczności Wiki. Internet zaś przeżyje jeszcze niejedną inwazję chaosu, który wprowadzi do niego nowe życie i nowe okazje do tworzenia się kolejnych społeczności. "Dostosujemy się" - mówią. A jeśli ktoś nie ma zaufania do ludzi zawierających znajomość przy pomocy folksonomii, to niech wpisze sobie znacznik wzięty z języka profesjonalnego i poszuka podobnie profesjonalnych znaczników, wraz z ich autorami.


Zobacz również