Le Grande Shu

Niedawno minęła rocznica (okrągła dziewiętnasta rocznica) rozpoczęcia moich studiów na wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, kierunek - socjologia. Ledwiem troszeczkę liznął wiedzy, a już bodajże z początkiem listopada rozpoczął się solidarnościowy, a zarazem i okupacyjny strajk studencki.

Niedawno minęła rocznica (okrągła dziewiętnasta rocznica) rozpoczęcia moich studiów na wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, kierunek - socjologia. Ledwiem troszeczkę liznął wiedzy, a już bodajże z początkiem listopada rozpoczął się solidarnościowy, a zarazem i okupacyjny strajk studencki.

Dołączyłem do niego drugiego dnia po jakich takich lekkich wahaniach i odtąd prawie do ogłoszenia stanu wojennego przebywałem tylko i wyłącznie na terenie Instytutu Socjologii UW na ulicy Karowej. Oczywiście, od czasu do czasu dostawało się przepustkę, ale były to zdarzenia tak sporadyczne, iż nie ma się co nad nimi dłużej zatrzymywać - czas generalnie spędzany był pod postacią solidaryzowania się i okupowania. Ponieważ, o ile mnie pamięć nie zawodzi, trwało to ponad miesiąc, należało jakoś czas owy zagospodarować. Nie wolno było spożywać alkoholu pod groźbą usunięcia ze strajku i szczerze mówiąc wszyscy karnie tego zakazu przestrzegali, penetrując inne zakamarki pożytkowania wolnego, bądź co bądź, czasu. Organizowano mniej lub bardziej ciekawe wykłady, spotkania z różnymi ludźmi, takoż zebrania w swojej formie osiągające poziom totalnego przerostu demokracji (której tak głodni przeca bylim), ja jednakowoż pamiętam, że już po paru dniach najbardziej zaabsorbował nas poker, na którego ołtarzu składaliśmy niemalże każdą wolną chwilę.

Zaczynaliśmy gry od 10 groszy co w owych czasach, a nawet obecnie jest sumą właściwie śmieszną. Największa licytacja sięgnęła bodajże 250 złotych kiedy to kolega Rykowski, który będąc członkiem samorządu studentów tak się wtopił w naszą podkulturę, iż przestał bywać na codziennych zebraniach onego samorządu - wylicytował mojego naówczas największego druha Legię. Gdy już w stanie wojennym kolega Rykowski został internowany, wszyscy zgodnie stwierdzili, iż stało się to na skutek donosu Legii, który tym samym zemścił się za srogą porażkę podczas ostrej trzaskaniny, w której zwarły się ze sobą kareta psów (czyli asów) i poker pikowy.

Nikt z nas nie oszukiwał. Partie toczyły się uczciwie i pewien jestem, że ktokolwiek przyłapany na kancie byłby z pewnością poddany ogólnemu ostracyzmowi, a następnie niedopuszczony do stołu. Jedynym przypadkiem szeroko pojętej i dodajmy nagłej zmiany zasad było niespodziewane rozdanie kart pornograficznych, gdy do stołu dołączył niczego nieświadom kolega Keller z Białegostoku. Tenże zareagował kompletnie chłodno na fakt wpuszczenia siebie w kanał cedząc "Co jest ? Dostałem sześć kart !" - bo podnieciwszy się kartami o proweniencji ginekologicznej któryś z nas rozdał ich za dużo.

Nie ma co ukrywać, poker wyrugował z moich sfer aktywności wszystkie pozostałe gry, w których używa się kart. Od tego zjawiskowego listopada granie w karty tak ot, dla samej satysfakcji zwycięstwa - stało się niepotrzebną stratą czasu. Gdy patrzę na moją małżonkę i jej mamę grające w Kanastę (nie wiem, czy dobrze powtarzam nazwę) - to doprawdy nie kumam, o co im chodzi. Zasadniczo zasługą pokera jest to, że w ogóle przestałem grywać w karty, bo z jednej strony naprawdę ostro wysoki lot w przestworzach hazardu na szczęście mnie nie pociągał, a z drugiej - po jaką cholerę grać o nic?

"Wielki Szu" trafił na mnie w tym właśnie, nazwałbym to schodzącym okresie. Zapał był , a jakże, ale warunków takich jak na strajku już nie stało. Widziałem go na pewno więcej niż raz, ale raczej nie były to razy trzy. W dobie sakramenckiej właściwie posuchy film ten na ekranach kin rodzimych niejako jaśniał. Ucieszyło mnie ponowne pojawienie się na ekranie drugiego z Pieczyńskich, który nadzwyczaj wpadł mi w oko w filmie "Zdjęcia próbne". Sylwester Chęciński to bardzo, ale to baaaaardzo nierówny twórca, a w tym wypadku wyszło mu produktorium raczej nijakie.

Właściwie gdyby się mnie ktoś spytał, co pozostało mi najmocniej w pamięci po obejrzeniu "Wielkiego Szu", odpowiem po niezbyt długim zastanowieniu, iż łono Grażyny Szapołowskiej, które bez fałszywej skromności odważnie ukazywała jeszcze przed napisami początkowymi.

Gdyby próbować bawić się w systematyzowanie szeroko pojętej interakcji pomiędzy sztuką filmową a grami zupełnie różnego statusu - poker na pewno byłby w czołówce. W tym zestawie znalazłyby się zarówno arcydzieła pokroju "Żądła" (chociaż - czy oni tam grali faktycznie w pokera ? Czy może to była jakaś mutacja naszego swojskiego oczka ?) czy tego w miarę świeżego filmu, gdzie John Malkovich grając ruska mówił "madier fakier" (wstyd - tytuł uleciał mi do gwiazd), jak i produkcje sporo słabsze. Opowieść o wielkim szulerze i jego w końcu wykolegowanym uczniu od podium dzieli dosyć spora odległość.


Zobacz również