Letnio

Roboty jest huk. Z tego powodu prawie nic nie słychać. Szczególnie letnią porą. Umyka nam cudny śpiew ptaków i bzykanie muszek, jakimi z pewnością wypełnione jest rozwibrowane powietrze gwieździstych nocy.

Roboty jest huk. Z tego powodu prawie nic nie słychać. Szczególnie letnią porą. Umyka nam cudny śpiew ptaków i bzykanie muszek, jakimi z pewnością wypełnione jest rozwibrowane powietrze gwieździstych nocy.

Wibracje są wyczuwalne stopami. Z gruntu. To mnie często niepokoi. Spiker uspokaja, że tak musi być, bo to okres przejściowy. I rzeczywiście: do Dożynek jest jeszcze trochę czasu. Więc też i traktory porozłaziły się po krzakach. Pewnikiem grają w jakieś nowe gry sieciowe. Zainteresowanie grami jest - między nami - słuszne. Nie można tak gnuśnieć. Jesienią Walery organizuje nowy kurs "Jak pnić skutecznie", który stopniowo wprowadza słuchaczy w cudowny świat pninia indywidualnego i w grupie. Jednakże do jesieni zostało jeszcze trochę czasu, dalej nawet niż do Dożynek. Ale na pociechę mamy już coś w rodzaju lata: latają moskity, komary, ćmy, jętki, muchy, boże krówki, duże, zielone muchy, osy, trzmiele, bąki, gzy, szare i czarne, średniej wielkości muchy, ważki, konie polne, nietoperze oraz małe, różnokolorowe muchy. Oczywiście, większość tych skomplikowanych, latających stworzeń nie jest naturalna w archaicznym, dwudziestowiecznym sensie. Jak podaje tegoroczny Raport Pyttenholtza-Bradleya-Rypki, aż dziewięćdziesiąt dwa i trzy dziesiąte procent latającego drobiazgu, jaki uprzykrza się nam latem, to białkowe i białkowo-krzemowe klony szpiegowskie, generowane potajemnie przez konkurujące ze sobą korporacje postzielonych. Te rekiny parkietów, wyniesione niewiarygodną hossą roku czterdziestego siódmego na hiperbolę wzrostu, prześcigają się w konstruowaniu kolejnych generacji pseudofauny i arteflory. Naturalnie, jak zwykle, głoszone w Interwzizji hasła i deklaracje kandydatów są słuszne. Ba! Zbawcze są one wręcz! W imię przywrócenia równowagi we wciąż zachwianym bilansie biosfery naszej planety, rezurekcji poddawane są wymarłe wcześniej gatunki, na równi z żyjącymi a zagrożonymi. Kiedy kandydat zbierze odpowiednią ilość zgłoszeń w interaudio, jego program jest uruchamiany, a on przeżywa chwile blasku przed kamerami teleshow wojewódzkiej stacji Interwzizji. Giełda reaguje na to przewidywalną (na ogół) paniką, a sprytni maklerzy wyciągają dziesiątki kilometrów bieżących korzyści z umów zawartych w afekcie.

Jeśli idzie o arteflorę i faunę, to na prowincji jakoś to nawet działa, ale drobne latactwo wiedzione zakodowanym w gangliach spryciarstwem chmarami ciągnie do metropolii, takich jak nasza wioska. Sztuczne sokoły i orły, które miały nam dodawać otuchy w chwilach zwątpień, okazały się,Ęniestety, płochliwe i w pobliżu ludzkich sadyb i legowisk siadać nie chcą. Skutkiem czego często dziwaczeją. No i w efekcie tego mamy różne zabawne nieporozumienia, jakie przytrafiają się nieostrożnym podróżnym. Takie, jak na przykład głośna afera pana tajnego komisarza Trzpień-Piziórka w Sejmie, czy ten wygłodniały dzięcioł, który onegdaj porwał głowę H. Pipko. (Musiała jednak być niestarannie przymocowana. Kobiety w typie Hortensji Pipko - bo tak brzmi imię poszkodowanej - odznaczają się wybitną nonszalancją montażu). Po wypadku pani Pipko zapomniała wiele. Właściwie większość. Bardzośmy się uśmiali. A odłamki (orła, bo głowa była z automatycznym detonatorem) spadały jeszcze kilka tygodni później wokół igloo Hortensji i Waldemara, sporadycznie czyniąc niewielkie szkody w inspektach.

U nas w ogóle jest dosyć wesoło: albo mamy referendum w sprawie cnotliwej Hanki, co to nikomu dać nie chciała, albo wybory powiatowe do Urzędu Kasowania Danych, albo instalujemy nowy system operacyjny w Ratuszu, albo malujemy znowu nasz Wiatrak. Ten nowoczesny, piękny Wiatrak to jest nasza duma i radość ogromna, bo jest on bardzo piękny, pomalowany w pasy różowe i lilia (albowiem to kolory flagi naszego pueblo), i do tego jest wypchany najnowszą elektroniczną inteligencją z Malezji. Niestety, mało się rzuca w oczy, bośmy go pochopnie pod ziemią zbudowali, żeby mniej miejsca zajmował. Szczęściem gleba u nas tłusta, to sięĘsamo dobrze konserwuje i nie trzeba częstych przeglądów robić. Co prawda, obracać skrzydłami to po ostatniej próbie zupełnie się już nie daje, ale też wiatr u nas bardzo jest słaby, więc on by się skrzydłami i tak nie namachał.


Zobacz również