Medal of Honor: Wojna na Pacyfiku

Electronic Arts kolejną częścią swojego sławnego cyklu pokazuje, kto tu naprawdę rządzi!

Electronic Arts kolejną częścią swojego sławnego cyklu pokazuje, kto tu naprawdę rządzi!

Jak wysyp, to wysyp. Do kolejnych głośnych tytułów FPP, obecnych na rynku, dołącza stary gracz, przez wielu fanów już pogrzebany. Dołącza do peletonu i... bije wszystkich na głowę. Najnowsze dziecko EA nie jest już tylko marną kontynuacją, ale ustanawia nową jakość w gatunku. Autorzy gry postawili nie tyle na hiper nowoczesne technologie, ale na rozmach. I dopięli swego. Gra stała się jeszcze bardziej monumentalna, zachwycająca i dynamiczna niż Call of Duty.

Już od pierwszych scen Medal of Honor: Wojna na Pacyfiku oszałamia piękną grafiką, wielkością scen batalistycznych, obłędnymi efektami graficznymi i dźwiękowymi. Mamy tu wszystko, co znamy z poprzedników serii i gier konkurentów, tylko że wykonane lepiej i bardziej olśniewająco. Bitwy są większe, pościgi szybsze, kolory soczystsze, a walka bardziej zażarta.

Hollywood na Pacyfiku

Japoński czołg jest słaby, ale ze snajperki go nie zdejmiesz

Japoński czołg jest słaby, ale ze snajperki go nie zdejmiesz

Konstrukcja gry jest, jakżeby inaczej, filmowa. Zaczynasz niejako w środku misji, w roku 1943, szturmując japońskie umocnienia. Raz jeszcze płyniesz łodzią desantową, brniesz przez wodę, piach i zasieki. Kulisz się pod gradem ognia i odpowiadasz morderczymi seriami, kosząc kolejne stanowiska japońskich cekaemów. Wszędzie wokół ciebie pękają granaty, bunkry stają w płomieniach, ludzie krzyczą i umierają. I nagle kończy się twoje szczęście. Jedna zabłąkana kula lub szrapnel powala cię w piach. Koniec? Bynajmniej. Leżąc na plaży, słyszysz głosy z przeszłości i zaczynasz sobie przypominać, jak to się zaczęło.

Przez lądy i morza

A zaczęło się zwyczajnie. W ośrodku szkoleniowym Korpusu Piechoty Morskiej. Tam przechodzisz podstawowy trening, słuchasz religijnych wywodów sierżanta i ruszasz na pierwszy przydział - malownicze Hawaje, do cichego Pearl Harbor. Uderzenie, które następuje po chwili, jest najbardziej spektakularną sceną bitewną, jaką do tej pory pokazano w grach komputerowych.

Cieplutko, palmy, błękitne niebo, stada stalowych ptaków nad głowami. Żyć nie umierać!

Cieplutko, palmy, błękitne niebo, stada stalowych ptaków nad głowami. Żyć nie umierać!

Przebija zarówno Normandię (MoH: Allied Assault), jak i Stalingrad (Call of Duty). Czujesz się, jakbyś był w wielkim kinie, gdzie widzom rozdaje się karabiny maszynowe. Rozmach, barwy, dźwięki i szybkość sekwencji po prostu oszałamiają i powalają na kolana. Na niebie wirują setki samolotów, a ty pędzisz łodzią patrolową, która lawiruje pomiędzy stalowymi kolosami marynarki wojennej USA, które jeden po drugim stają w płomieniach. Kosisz nadlatujące myśliwce Zero, kiedy wokół rozpętuje się ogniste piekło - statki rozrywane bombami i torpedami łamią się i przewracają na burty, gubiąc kolejne stalowe elementy, które spadają do wody wszędzie wokół ciebie. Sceny, w których widzisz spadających z pokładów marynarzy, przywodzą nam na myśl Titanica. Następnie wskakujesz na pokład tonących statków, by uratować choć część ich załóg.

Żabie skoki

Po takim początku apetyt na akcję rośnie. Kolejne misje to już prawdziwy shooter. Trafiasz do specjalnych oddziałów Raidersów, a twoim zadaniem jest zrobić Japończykom jak największy kipisz. I gra zaczyna się niejako na nowo. Przed tobą szereg misji na wyspach Pacyfiku. Zaczynają się walki o kolejne bazy i umocnienia, nocne patrole, misje ratunkowe i zwiadowcze, wreszcie obrona przed japońskimi atakami.

Co do detalu

Szóstka bez sternika trenuje do olimpiady.

Szóstka bez sternika trenuje do olimpiady.

Autorzy gry postawili sobie za punkt honoru odtworzenie realiów i klimatu lat 40. w każdym calu. Są więc ekrany menu odpowiednio stylizowane, jest muzyka sącząca się leniwie z radia, plakaty wojenne i... pisemka z panienkami. Oczywiście twórcy gry nie poprzestali na klimatycznych, ale mało ważnych detalach. Wręcz przeciwnie - zapewnili broń, ekwipunek, mundury i pojazdy obu stron. W całej grze do dyspozycji masz kilka rodzajów pistoletów (rewolwer, colt 1911), karabiny (m.in. Garand, Arisaka, Sprignfield, BAR) i pistolety maszynowe w kilku wersjach. Do tego dochodzą jeszcze granaty, bagnety, karabiny stacjonarne, ładunki wybuchowe, lornetka. Uff! Jest tego sporo. Często też stajesz za kaemami lub działkami lotniczymi - stacjonarnej broni jest sześć rodzajów i liczne warianty.

Nowinki, nowinki

On do mnie: Kamikadze! A ja mu: Granade!

On do mnie: Kamikadze! A ja mu: Granade!

Twórcy Wojny na Pacyfiku postawili przede wszystkim na nowe elementy i fajerwerki graficzne. Jeśli jakieś nowości były w Call of Duty lub w Far Cry, to tu masz je jeszcze lepiej wykonane. Są więc przebarwienia i rozmycia ekranu, które pojawiają się, gdy jesteś ranny, umierający lub ogłuszony granatem. Są i nowości w samej rozgrywce. Pojawia się stan agonalny i zupełnie nowy system leczenia się z ran. Efekt rozmycia konturów pojawia się także, gdy strzelasz z ciężkich karabinów maszynowych. Długie serie tak trzęsą bronią, że ciężko skupić wzrok na pojedynczym celu. Podobny efekt ogniskowania wzroku masz przy korzystaniu z lornetki - w pierwszej sekundzie wszystko jest rozmyte, po chwili wzrok przyzwyczaja się do szkieł. Takich małych, ale jarych patentów jest tu bez liku.

Banzai!!!

No dobra! Przyznać się, kto w nocy zestrzelił z dachu Mikołaja

No dobra! Przyznać się, kto w nocy zestrzelił z dachu Mikołaja

Serce gry, czyli walka jest taka, jakiej należało się spodziewać po grze opowiadającej o zmaganiach młodych chłopców z Ohio z fanatycznymi samurajami. Oj, dzieje się. Przede wszystkim gra odchodzi na dobre od schematu: samotny mściciel. Niemal zawsze jesteś razem z kilkuosobowym oddziałem. W trakcie gry możesz też wykorzystywać komendy - naprzód, osłona ogniowa, zebrać się, oraz oczywiście - wycofać się! Samo strzelanie zostało rozbudowane o opcje celowania po lufie każdej broni, jaką masz w rękach. Dodano też walkę wręcz, czyli ciosy kolbą, uderzenia pistoletem, pchnięcia bagnetem i specjalność japońskich oficerów - cięcia mieczem. Walka na bagnety jest mordercza i robi przerażające wrażenie. Nieraz będziesz dawał nogę przed szturmującymi Japończykami lub kosił ich w ostatniej chwili, nim dopadną i posiekają twoich kolegów.

Chłopiec na posyłki

Kompania braci. Mimo filmowego rozmachu, gra nie promuje modelu samotnego wilka. Twój bohater cały czas walczy wraz ze swym oddziałem i w przeciwieństwie do innych FPP-ów, pomoc kumpli naprawdę się przydaje.

Kompania braci. Mimo filmowego rozmachu, gra nie promuje modelu samotnego wilka. Twój bohater cały czas walczy wraz ze swym oddziałem i w przeciwieństwie do innych FPP-ów, pomoc kumpli naprawdę się przydaje.

To, co najbardziej zaje... wspaniałe w tej grze, to rozwój i przebieg samych misji. Niby wszystko to już znasz, jeśli nie z PC-tów to ekranów telewizorów, a jednak gra wciąga i potrafi zaskoczyć. Z samego motywu noszenia rannych zrobiono tu kilka emocjonujących poziomów. Zasada wygląda tak, że powalony żołnierz pada na ziemię i dogorywa. Jeśli w przeciągu kilku sekund dopadnie do niego sanitariusz, to dzięki opatrunkom, morfinie i zastrzykom postawi go na nogi. Ilość tych środków medycznych jest oczywiście ograniczona. Niestety często zdarza się, że ty lub ktoś z oddziału zostaje powalony tuż przy liniach wroga. Wtedy Japończycy niechybnie go dobiją. Chyba że zdołasz do niego dopaść, wziąć go na plecy i dotaszczyć do lekarza. Ta innowacja jest świetna i z pewnością na stałe zagości w wojennych grach FPP.

Wracając do misji, są tu zarówno zadania typu znaleźć i zniszczyć, jak i patrole, kontrataki i misje ratunkowe. Cele zmieniają się i nie masz ani chwili na nudę. Niech zilustruje to jeden przykład. W trakcie misji otrzymujesz komunikat o samolocie strąconym nad dżunglą. Ruszasz w głąb wyspy , by odnaleźć pilota. Gdy docierasz do płonących szczątków maszyny, od strony lasu padają strzały. Chłopcy z oddziału odpowiadają ogniem, ktoś krzyczy - Tommy, wyciągnij go spod tej maszyny! na zaraz wybuchnie! Lecisz więc do rannego klucząc pomiędzy skałkami. Bierzesz rannego lotnika na plecy, a Japończycy atakują ze zdwojoną furią! Chłopaki wychylają się zza skał i machają do ciebie rękoma - Tutaj, Tommy, biegnij do nas, na litość Boską! Pędzisz więc zakosami, a Japończycy depczą ci po piętach. Rzucasz pilota koło sanitariusza i zaczynasz opędzać się od napastników. Zaczyna brakować amunicji. Dochodzi do walki wręcz - na kolby i bagnety. Potem wycofujesz się na plażę, gdzie czeka reszta oddziału. Nagle w ziemię wali pocisk moździerzowy! Uciekać z plaży! Pędzisz więc w stronę pobliskich drzew i eliminujesz stanowiska moździerzy. Nastąpiła chwila spokoju, więc powracasz do pozostawionych pontonów. - Wszyscy są? Pyta jakiś sierżant. - Tak, tak! - odpowiadają kolejni marines. Nagle, cholera! Gdzie jest Willy?! Ktoś widział Willy'ego?

Bagnet w skroń!

Bagnet w skroń!

- Pewnie został gdzieś w dżungli. - Tommy - zwraca się do ciebie oficer - poszukaj go i przyprowadź tutaj, jeśli jest ranny. Ruszasz jeszcze raz i po chwili odnajdujesz kumpla konającego w jakichś krzakach. Kolejne starcie i już z Willym na plecach zawijasz się do oddziału. Wrzucasz nieboraka do pontonu i jak najszybciej opuszczacie nieprzyjazny brzeg. Ledwie oddaliliście się nieco od wyspy, gdy na plaży pojawiają się niedobitki Japońców. Granaty! - krzyczy kapral - Obrzućcie ich granatami! Po chwili wiosłowania jesteście już daleko a od łodzi podwodnych dzieli was już tylko kilkadziesiąt metrów. Uczucie ulgi i bezpieczeństwa znika, kiedy z głośnym warkotem nad głowami przelatuje japoński myśliwiec Zero. Chryste, Tommy! - wrzeszczy sierżant - Zestrzel go, bo nas skosi! I wciska ci do ręki swojego BAR'a.

I tak dalej, i tak dalej. Nie sposób się nudzić...

Pojedynek ambitnych

Nowy Medal of Honor to naprawdę świetna gra. Prezentuje ona wszystko, co można było wycisnąć ze starej (czytaj: przeddoomowej) technologii. Wygląda jednak świetnie i gra się w nią świetnie. W tym miejscu podziękować trzeba twórcom gry, jak i panom z Infinity Ward. Dlaczego właśnie im? Ci goście, po odejściu z Electronic Arts, zrobili swoje Call of Duty i momentalnie podbili serca graczy. EA wzięło sobie tę nauczkę do serca i podjęło wyzwanie, a my otrzymaliśmy naprawdę dobrą i niegłupią grę. Istnieje więc nadzieja, że w ofercie tego największego wydawcy będą pojawiać się tytuły nie tylko pięknie prezentujące się na obrazkach, ale także zdolne zadowolić bardziej wybrednych graczy.

Bajerki

Wśród gier pojawia się ta sama tendencja co w przypadku filmów wydawa-nych na DVD - dodatki, dokrętki, bajery dla kolekcjonerów. W reżyserskiej wesji Wojny na Pacyfiku masz jedną broń więcej oraz liczne materiały filmowe - o propagandzie z czasów wojny, o powstawaniu gry i o samych marines. Jest także klip o plutonie ćwiczącym milczącą musztrę, którą pokazano w grze.


Zobacz również