Microsoft nowych czasów

Dwie dziedziny wnoszą dzisiaj najwięcej neologizmów do naszego języka. Jedna to biznes, druga - komputery. O ile pierwsza dostarcza słów sztucznych i trochę dętych, bo pozwalających się tylko popisać światowym obyciem ( ''dilować'' zamiast negocjować, ''zbrifować'' - poinstruować, omówić, albo kompletnie beznadziejny ''kesz'' w miejsce gotówki), o tyle informatyka dostarcza słów często niezbędnych, bo po prostu oznaczających nowe rzeczy, takie jak komputer właśnie.

Dwie dziedziny wnoszą dzisiaj najwięcej neologizmów do naszego języka. Jedna to biznes, druga - komputery. O ile pierwsza dostarcza słów sztucznych i trochę dętych, bo pozwalających się tylko popisać światowym obyciem ( ''dilować'' zamiast negocjować, ''zbrifować'' - poinstruować, omówić, albo kompletnie beznadziejny ''kesz'' w miejsce gotówki), o tyle informatyka dostarcza słów często niezbędnych, bo po prostu oznaczających nowe rzeczy, takie jak komputer właśnie.

Ale też informatyka dostarcza wielu słówek doskonale dopasowanych do polszczyzny albo wręcz zabawnie spolszczanych, bądź tłumaczonych (dobre przykłady to tracąca z oczywistych przyczyn popularność "pcimcia", czyli karta PCMCIA albo "międzymordzie" jako kalka angielskiego "interface").

Ostatnio wielką popularność zdobywa słówko "guglować" (może powinno być "góglować", bo wymienia się na "o" w oryginale, nawet podwójne). "Guglować" to spolszczenie angielskiego neologizmu "to google" - przeszukiwać Internet za pomocą wyszukiwarki Google.

"Guglować" i wszystkie jego formy takie jak "zagugluj" czy nawet "guglnij" bardzo mi się podoba. Ciągle podoba mi się także samo Google, ale po latach guglowej dominacji na moim komputerze coraz częściej pojawiają się strony innych wyszukiwarek.

Ale samo słówko "guglować" to tylko dowód na to, jak silnie w świadomość nas wszystkich wpisała się wyszukiwarka, o której pięć lat temu mało kto słyszał, a której siedem lat temu w ogóle nie było. Teraz zna ją chyba każdy użytkownik Internetu. Błyskawicznie zdobyła popularność, bo okazała się szybka i prosta, a jej wskazania trafne.

Początkowo, jesienią 1998 r., obsługiwała 10 tys. zapytań dziennie. Pół roku później już 500 tys., rok po starcie 3 mln, a po dwóch latach działalności - 100 mln dziennie.

Dzisiaj Google, firma założona przez dwóch studentów Uniwersytetu Stanforda, to potężna korporacja, notowana na giełdzie i przynosząca zyski. Przez dwa lata z rzędu w plebiscycie serwisu Brandchannel.com wygrywała jako najbardziej wpływowa marka na świecie (ostatnio po sukcesach iPoda tytuł wrócił do Apple'a).

I choć główna strona Google'a pozostaje przejrzysta i skromna, wyszukiwarka oferuje dostęp do wielu funkcji. W grudniowym wydaniu Digit opisywał guglowy kalkulator. W okienko szukanej frazy wystarczy wpisać odpowiednie działanie i po chwili wiesz, ile jest 8 x 4 albo sinus 90 stopni. Kalkulator równie sprawnie przeliczy litry na łyżeczki albo jednostki astronomiczne na lata świetlne. Ale to wciąż tylko drobny ułamek możliwości Google'a. Równie dobrze możesz sprawdzić definicję dowolnego wyrażenia, przejrzeć najnowsze wiadomości, zobaczyć, gdzie obecnie znajduje się nadana UPS-em paczka, na którą czekasz, zażyczyć sobie tłumaczenia hiszpańskiej strony, którą właśnie oglądasz na angielski (polskich tłumaczeń Google póki co nie obsługuje), a jeśli wybierasz się do znajomego w Stanach, możesz sprawdzić jego numer telefonu, ściągnąć mapę okolicy, która ułatwi ci dotarcie na miejsce, a nawet przekonać się, czy na pobliskim lotnisku nie ma mgły, która mogłaby opóźnić podróż. (A to i tak nie wszystko. Więcej opcji na http://www.google.com/help/features.html )

Trzeba przyznać, że Google bardzo konsekwentnie rozbudowuje swoją stronę, wprowadzając rozwiązania zaskakujące nawet pośrednią konkurencję. Kiedy 1 kwietnia ubiegłego roku Google obwieścił, że niedługo jako pierwszy uruchomi darmowe skrzynki mailowe o pojemności 1 GB oraz ośrodek rozwojowy na Księżycu, wszyscy potraktowali to jako primaaprilisowy żart. Ale jak się wkrótce okazało, żartem było tylko pozaziemskie biuro.

To znany mechanizm: bezinteresowna hojność wywołuje podejrzenia co do prawdziwych intencji. Coraz częściej pojawiają się obawy, że Google staje się korporacją globalną, która chce, jeśli nie zmonopolizować, to zdominować kolejne dziedziny. A logiką każdej korporacji z jej akcjonariatem i radą nadzorczą jest zysk. Czy i Google będzie w końcu chciał go realizować, wprowadzając opłaty, gdy zdobędzie monopol? Takie przypuszczenia zaczęły mnożyć się w ciągu ostatnich miesięcy. Najpierw Google zaproponował największym bibliotekom przeniesienie ich co cenniejszych zbiorów na postać cyfrową, a następnie udostępnianie w sieci. Teraz zwrócił się do administratorów Wikipedii, internetowej encyklopedii rozbudowywanej przez ochotników z całego świata, z ofertą przeniesienia całej jej zawartości na swoje serwery. Decyzja ma zapaść w marcu, więc na rozmaitych listach dyskusyjnych (których archiwum notabene także przejął Google, kupując serwis DejaNews.com) wrze. Tym bardziej że Google nie z wszystkim radzi sobie równie dobrze, toteż wielu internautów obawia się, że Wikipedia może podzielić los DejaNews: guglowe "Grupy dyskusyjne" to tylko cień dawnego DejaNews.

Google wkracza także na dyski pojedynczych komputerów. Ze strony http://desktop.google.com można ściągnąć potężne narzędzie do przeszukiwania dysku własnego komputera. Google opracował to narzędzie lepiej niż Apple czy Microsoft na potrzeby swoich systemów operacyjnych. Google potrafi odnaleźć nie tylko zwykłe pliki tesktowe zawierające wskazane słowo. Przypomni ci wszystkie strony webowe z podanym wyrażeniem, jakie oglądałeś, wysłane i otrzymane maile, a nawet wiadomości wysłane przez Intant Messenger. Zapisuje w swoim indeksie wszystko, na co spojrzysz. Dodatkowo, kiedy jak zwykle przeszukujesz Internet, wśród wyników pojawi się także informacja: "14 kolejnych wyników znaleziono na twoim komputerze".

To oznacza, że za każdym razem, gdy szukasz czegoś w sieci, zapytanie trafia do dwóch źródeł: do serwerów Google'a i programu Google'a na twoim komputerze. To rodzi oczywiście pytania o prywatność i poufność danych, choć Google kategorycznie twierdzi, że Google Desktop nie wysyła z zewnątrz żadnych informacji z komputera klienta.

Czy nastał już zatem czas, by obawiać się Google'a? To pewnie byłaby przesada. Ale ja sam coraz częściej gugluję nie przez Google'a, ale przez HotBota albo AskJeeves.


Zobacz również