Milion mężczyzn

Raz na jakiś czas w muzyce popularnej pojawiają się takie gatunki, które oprócz ściśle skodyfikowanych rozwiązań melodycznych już od momentu powstania zdają się obiecywać więcej niż tylko nowe brzmienie i styl zachowania na estradzie. Wszystko zaczyna się od muzyki, ale wkrótce pojawia się słownictwo, moda, a z czasem - jeśli mówimy o sytuacjach naprawdę wyjątkowych - jakiś rodzaj przekonań.

Raz na jakiś czas w muzyce popularnej pojawiają się takie gatunki, które oprócz ściśle skodyfikowanych rozwiązań melodycznych już od momentu powstania zdają się obiecywać więcej niż tylko nowe brzmienie i styl zachowania na estradzie. Wszystko zaczyna się od muzyki, ale wkrótce pojawia się słownictwo, moda, a z czasem - jeśli mówimy o sytuacjach naprawdę wyjątkowych - jakiś rodzaj przekonań.

Najoczywistszy przykład trwałej syntezy estetyki i określonego przekazu stanowi punk. Na miejscu drugim znajduje się muzyka funkowa w dziesiątkach odmian, następnie rastafariańskie reggae. Ostatnio dość trudno o jednoznacznego kandydata w tej kategorii. Może jungle, jeśli przetrwa jeszcze kilka klubowych sezonów.

Słowo "funk" może oznaczać praktycznie wszystko: funkowe mogą być ciuchy i fryzury, funkowe bywają dziewczyny, poczucie humoru, ale też u zarania - bardzo nietypowy w showbusinessie, a teraz na tyle powszechny, że prawie niezauważalny - funkowy stosunek czy rodzaj podejścia do siebie, swojej muzyki i rzeczywistości. Kiedy na początku lat 60. w kulturze afroamerykańskiej zaczynają pojawiać się i zdobywać ogromną popularność takie grupy, jak Lost Poets, The Sly and the Family Stone, tylko najbardziej wyczuleni uczestnicy spontanicznie rozwijającej się sceny - tacy jak Miles Davis i Herbie Hancock - zdawali sobie sprawę, że chodzi o coś więcej niż chwytliwy rytm i nowatorskie rozwiązania harmoniczne. Od początku najważniejsza była walka o supremację czarnej społeczności. Funk zdawał się skuteczniej wyrażać potrzeby oraz ambicje czarnej wielkomiejskiej młodzieży i dlatego szybko zdobył większą popularność niż tradycyjnie funkcjonujący w tej roli jazz. Davis dopiero w 1972 r. nagrywający funkowo-eksperymentalny album On The Corner, nie mógł liczyć na większe uznanie młodych słuchaczy niż Ornette Coleman, penetrujący rejony freejazzu.

Pierwszoplanową postacią rozwijającego się ruchu był James Brown - "najciężej pracujący człowiek w przemyśle rozrywkowym", "ojciec chrzestny soulu", wynalazca funku, Mr. Dynamite. Urodzony w 1933 r. Brown mniej więcej tyle samo czasu spędził za kratkami (wyroki między innymi za kradzieże, narkotyki, broń, próbę zabójstwa żony itp.), ile na scenie i doprawdy trudno powiedzieć, które aspekty jego niezwykłej aktywności silniej oddziałują na wyobraźnię. Z jednej strony Brown jest prekursorem stylu życia propagowanego przez gwiazdy gangsta rapu i najczęściej samplowanym muzykiem w hip-hopie oraz najlepiej sprzedającym się twórcą r'n'b w historii, z drugiej natomiast jawi się jako aktywista na rzecz edukacji, utalentowany choreograf, kompozytor i promotor wielu późniejszych gwiazd. Jego wpływu właściwie nie można przecenić także w Polsce, gdzie Brownem przed laty inspirowali się Michał Urbaniak i Ewa Bem, a obecnie obowiązkowo słuchają go wszyscy liczący się hiphopowcy. - Brown często grał w domu. Do mnie dotarł przez sample Run DMC i Public Enemy. Dopiero teraz kupuję jego pyty - mówi Fisz. Nie można nie znać Browna - tak sądzi Joka z Kalibra 44, najbardziej wpływowej polskiej grupy na scenie hiphopowej.

The Godfather Of Soul. A Portrait wydany właśnie na DVD to prawie w całości czarno-biały, monofoniczny godzinny film, dokumentujący raczej życie prywatne niż twórczość Jamesa Browna. W typowy dla amerykańskich produkcji telewizyjnych sposób przynosi wiele trywialnych w gruncie rzeczy interpretacji trudnego charakteru Browna, początków jego kariery, jej późniejszych wzlotów i upadków. Nic ponad szablonową prezentację american dream. Bardzo brakuje rzetelnej, historycznej prezentacji kontekstu jego sukcesów, a na pewno zbyt zdawkowo potraktowano wpływ Browna na dalsze kierunki rozwoju kultury funk. Członkowie jego zespołu są dziś instytucjami w przemyśle rozrywkowym: saksofonista Maceo Parker, multiinstrumentalista Pee Wee Ellis, a zwłaszcza niesamowity gitarzysta Bootsy Collins, prawdopodobnie najbardziej ekscentryczny amerykański muzyk. Bezpośredni muzyczni kontynuatorzy Browna to między innymi Prince, Stevie Wonder i George Clinton - często przewyższający swojego mistrza, najaktywniejszy z nich wszystkich - malarz, producent oraz kompozytor, który przesłanie funkowe przekształcił w dziwną mistyczną wiarę, a samą muzykę doprowadził do skrajnej perfekcji. Filmową karierę Browna, który wystąpił w 9 filmach fabularnych, skwitowano krótką wzmianką o występie w Blues Brothers, chociaż to on właśnie stworzył modę na występy czarnoskórych muzyków w kinie - tę tradycję ze zmiennym powodzeniem kontynuują Ice Cube i Ice T.

Niemniej jednak film dostarcza przekonujących argumentów na rzecz przynajmniej dwóch tez: pierwsza głosi, że zawsze można zachować swobodę artystycznego wyrazu; druga - że muzyka popularna jest w stanie oferować więcej niż tylko parę przebojów. Może też wpływać na życie i sposób myślenia jej odbiorców.


Zobacz również