Mleczna równia pochyła

Niedawno policja aresztowała ośmiu podejrzanych w związku z oszustwami finansowymi we włoskim koncernie mleczarskim Parmalat. Czyżby uzdrawianie europejskich korporacji po aferach Vivendi czy Aholdu nie było wcale tak udane jak twierdzili entuzjaści nowych zasad corporate governance?

W Parmie aresztowani zostali dwaj dawni dyrektorzy finansowi firmy, dwaj partnerzy we włoskim oddziale Grant Thornton (audytora Parmalatu) i trzej dyrektorzy z Parmalatu. Wcześniej został aresztowany prezes i założyciel koncernu mleczarskiego - Calisto Tanzi. Tanziemu włoska prokuratura zarzuca defraudację funduszy spółki, giełdowe oszustwa oraz upublicznianie fałszywych danych dotyczących sytuacji finansowej firmy.

Do tej pory nie udało się ustalić, co stało się z pieniędzmi Parmalatu przekazanymi za pośrednictwem ponad 300 spółek z różnych krajów europejskich do kilku rajów podatkowych. Prawdopodobnie pieniądze popłynęły na Kajmany a stamtąd do Ekwadoru. Wartość deficytu w bilansie Parmalatu szacuje się na ok. od 10 do 13 mld euro. Enrico Bondi, ekspert badający od połowy grudnia 2003 r. sprawę Parmalatu twierdzi, że do końca 2002 r. zadłużenie firmy sięgnęło 8,2 mld euro, a w 2003 roku "sytuacja znacząco się pogorszyła". Jeśli Parmalat upadnie, pracę straci 36 tys. osób.

Na razie Tatzi podejrzewany jest m.in. o defraudację jednego miliarda euro oraz o kierowanie grupą przestępczą. Do fałszowania bilansów Parmalat używał dość prostych środków - skanera i komputera, za pomocą których tworzył dokumenty Bank of America, świadczące o rzekomym istnieniu depozytu 4 mld euro. Oczywiście żadnego depozytu nie było, była za to dobra opinia na giełdzie, dzięki której Parmalat mógł dodatkowo emitować obligacje, zaciągając dalsze kredyty. Teraz okazało się, że nie jest w stanie ich spłacać.

Firma audytorska Grant Thornton również stała się "ofiarą" skandalu. Zwłaszcza, że uwierzyła w prawdziwość dokumentów poświadczających istnienie 4-miliardowego depozytu. Okazuje się, że Grant Thornton był na tyle blisko swojego klienta, iż jedynie od niego pozyskiwał informacje finansowe, zamiast zwrócić się z pytaniami do banku czy innych niezależnych źródeł. Może to oznaczać, że istotne transakcje nie były sprawdzane na zewnątrz, wszystko odbywało się w ramach wewnętrznego zamkniętego obiegu komunikacyjnego.

Krach Parmalatu nasuwa oczywiste pytanie - czy Europie rzeczywiście udało się po niedawnych aferach uzdrowić kwestie związane z zarządzaniem i kontrolą nad wielkimi korporacjami. Całkiem niedawno, po gigantycznych aferach w USA, Europa przeżyła własną serię korporacyjnych wstrząsów. W 2002 roku francuski Vivendi został okrzyknięty Enronem Europy. Minionej wiosny w jego ślady poszedł holenderski Ahold. Jednak teraz najbliższy mrocznemu ideałowi Enronu wydaje się przypadek Parmalatu, choć Parmalat ma dodatkowo arcyeuropejski rys firmy rodzinnej. Zamieszanie z Parmalatem dotknęło szczególnie tych, którzy utrzymywali, że w Europie corporate governance działa dobrze.

Okazało się jednak, że zagmatwane, wykorzystujące offshoring struktury Parmalatu nie odstraszyły ani nawet nie zaniepokoiły ani banków ani inwestorów, a audytorzy nie zwrócili uwagi na dziwne transakcje finansowe. Cieszące się dobrą renomą instytucje finansowe kupowały akcje i obligacje Parmalatu, być może zwiedzione budzącymi zaufanie produktami firmy. Jednak sprawnie działające fabryki nabiału nie usprawiedliwiają zbiorowego zaślepienia analityków.

Lokalne banki zaś pozwoliły swojemu klientowi na zbyt wiele swobody. Nie jest to problem jedynie włoski. Francuskie banki też nie były bez winy w aferach Vivendi i Alstomu. Afera Parmalatu powinna wpłynąć na zmianę stosunków bank - klient w całej Europie. Zaś banki światowe, takie jak Citigroup, J.P. Morgan czy Deutsche Bank nie są oczywiście odpowiedzialne przed udziałowcami za klientów, jednak dzięki skomplikowanym transferom finansowym otrzymują znaczne prowizje. Międzynarodowe banki występowały w wielu najsłynniejszych aferach korporacyjnych - zarówno w USA jak i w Europie.

Gdyby nie kryzys Parmalatu, rok 2003 rzeczywiście byłby rokiem poprawy corporate governance w Europie. Wiele państw wprowadziło nowe, zaostrzone prawo dotyczące koncernów. A dzięki energicznej interwencji udziałowców i banków, upadłe ze skandalicznym hukiem firmy takie jak Ahold czy Vivendi zakończyły rok w stanie lepszym niż można by wcześniej przypuszczać. Być może w przypadku Parmalatu obecność rodziny założycieli w firmie dawała biznesowemu otoczeniu złudne poczucie bezpieczeństwa. W przyszłości jednak wszyscy powinni być bardziej ostrożni i czujni.

Na podstawie: The Economist, Financial Times, Corriere della Sera


Zobacz również