Muiltiplayer bez single - dzieło bez błysku?

Kampanie dla pojedynczego gracza w grach FPS są ostatnio pomijane, jako że coraz więcej graczy wskakuje bezpośrednio w rozgrywkę multiplayer. Jednak to czego niektórzy nie rozumieją to fakt, że część gry w trybie offline jest często dużo ważniejsza, niż im się wydaje.

Gram w wiele gier FPS, z bardzo różnych powodów: lubię je, wydaje się ich rocznie całą masę, jest to jeden z najpopularniejszych gatunków wśród czytelników, a więc staram się pozostać doinformowany w tym temacie. Czytając komentarze pod różnymi artykułami jak również różnego rodzaju wpisy na forach internetowych, dochodzę powoli do wniosku, że gracze w coraz mniejszym stopniu zauważają kampanię dla pojedynczego gracza. Jeżeli już nawet zauważają, to w ogóle się nią nie przejmują.

Coraz większa liczba graczy kupuje gry FPS takie jak Call of Duty: Black Ops czy Halo: Reach, po czym udaje się do domu i niemal natychmiast wskakuje w rozgrywkę dla wielu graczy. W pewnym stopniu to rozumiem. Środowisko gier online jest bardzo intensywne, oparte na współzawodnictwie. Co więcej, jeżeli nie wskoczysz do gry od razu, ryzykujesz zostanie daleko w tyle.

Co niestety nie napawa radością to fakt, że gracze coraz częściej patrzą na część single player, jako na dodatek. Zupełnie odwrotnie niż powinno się grę traktować. Decyzja o zakupie danej produkcji jest dziś podejmowana w dużej mierze na podstawie komponentów składowych części multiplayer. To naprawdę szkoda, bo przecież sama kampania liczy się dużo bardziej, niż mechanika rozgrywki. Nie tylko jako reprezentacja tego, co zrobili deweloperzy gry, pisarze czy muzycy. Przede wszystkim umieszcza historię w pewnych ramach, zezwalających na zrozumienie fikcyjnych procesów zawartych w fabule.

Możliwe, że wydaje się to bez znaczenia. Bez fabuły stajesz się jednak po prostu zwykłym żołnierzem przyszłości w dziwnym kombinezonie, a nie bohaterskim Spartaninem. Stajesz się zwykłym bezimiennym członkiem armii, zamiast być kimś kto odgrywa znaczącą rolę w jednostce specjalnej. Single player dostarcza narracji, kontekstu, który potrafi utrzymać grę jako całość. Upewnia, że multiplayer nie zdewaluuje się do zwykłej rozgrywki dla wielu graczy całkowicie pozbawionej marki i znaczenia.

O dziwo, fabuła tyczy się również gier takich jak Left 4 Dead czy Team Fortress 2, które są całkowicie pozbawione trybu dla jednego gracza. Co za tym idzie, stały się wręcz symbolem tytanicznej pracy włożonej w produkt przez autorów. Valve włożyło "tonę" pracy w stworzenie historii, która niczym nimb otacza bohaterów. Każda postać, występująca w obu tych produkcjach, ma swoją osobowość jak również narracyjną rolę, która pozwala umiejscowić ją w świecie gry. Oczywiście, że można na to nie zwracać uwagi. Jednak czy gra odniosłaby taki sukces, gdyby Heavy z Team Fortress 2 nie był taki "kochany" albo gdyby gracze nie przejmowali się losem Louisa z Left 4 Dead?

Jest to problem, który rozlewa się plagą po różnych tytułach stworzonych dla trybu multiplayer, jednak posiadających kiepską narrację. Gry takie jak SOCOM czy Time Spitters miały piorunujący tryb multiplayer, jednak jakoś się o nich nie pamięta. Całe doświadczenie płynące z gry sprowadza się do tego, że w głowie zapada kiepska fabuła, która w żaden sposób nie była w stanie zakotwiczyć produktu na liście gier rozpoznawalnych.


Zobacz również