Na krawędzi

Inter Cars własnymi siłami wszedł na giełdę, gdzie jego akcje podrożały od debiutu dwukrotnie. "Zwykle zakładałem bardziej optymistyczne plany, niż mogłyby na to wskazywać posiadane środki. Ale zawsze się udawało" - mówi Krzysztof Oleksowicz w rozmowie z Robertem Jesionkiem.

Inter Cars własnymi siłami wszedł na giełdę, gdzie jego akcje podrożały od debiutu dwukrotnie. "Zwykle zakładałem bardziej optymistyczne plany, niż mogłyby na to wskazywać posiadane środki. Ale zawsze się udawało" - mówi Krzysztof Oleksowicz w rozmowie z Robertem Jesionkiem.

Krzysztof Oleksowicz jest prezesem firmy Inter Cars SA, dystrybutora części zamiennych do samochodów. Swoją firmę z garażu wprowadził na giełdę. Takie przedsięwzięcia imponują, lecz nietrudno się domyśleć, że wymagają wielkiego wysiłku i dużych pieniędzy. O wszystko trzeba walczyć, nierzadko na granicy ryzyka.

Jakie znaczenie dla rozwoju spółki Inter Cars miała umowa z jej inwestorami finansowymi - Fund 1 i Fortuna SA?

Krzysztof Oleksowicz

Krzysztof Oleksowicz

- Przed wejściem inwestora spółka rozwijała się w bardzo szybkim tempie. Średni wzrost przed rokiem 2002 wynosił 30 - 40%. Sprzedawaliśmy wtedy za pośrednictwem dystrybutorów, nie mieliśmy jeszcze magazynu centralnego, który właśnie zaczynaliśmy budować. Brakowało nam środków na sfinalizowanie tej inwestycji, a także na budowę sieci filialnej. Stąd próba - udana - pozyskania inwestora finansowego. Dzięki uzyskanym środkom w latach 2000 - 2004 wybudowaliśmy blisko 50 własnych oddziałów, dokończyliśmy budowę magazynu centralnego, wyposażyliśmy go w bazę logistyczną. Przyznaję, że inwestor nas trochę ucywilizował. Do roku 2000 spółka funkcjonowała bez należytego budżetu, schematów organizacyjnych, w podejmowaniu decyzji wspierała nas głównie intuicja, bardzo mocna była wtedy pozycja moja, jako prezesa i właściciela. Po wejściu inwestora w końcu zaczęliśmy się mocniej zastanawiać nad biznesplanem, analizowaliśmy stopę zwrotu z inwestycji, poważnie myśleliśmy o strategii. Firma stała się bardziej korporacyjna, zarządzana coraz wyraźniej w sposób menedżerski. Doszło sporo nowych osób, menedżerów - powiedziałbym - topowych. Udało nam się pozytywnie rozwikłać problem mojego bycia jednocześnie prezesem i właścicielem, co postrzegane było jako zagrożenie dla firmy. Inwestorski zastrzyk finansowy sprawił, że firma zaczęła się bardzo szybko rozwijać, zwłaszcza że inwestycje były już wcześniej zaczęte. Trzeba powiedzieć, że inwestorzy finansowi pewnymi branżami się interesują, innymi zaś nie, ale branża, w której działa Inter Cars, jest dobra, rosnąca i atrakcyjna dla nich. Najważniejsze w relacjach z inwestorem jest zaufanie. Bez niego nie ma współpracy.

Pamięta Pan moment wyjścia inwestora z firmy?

- Ta chwila w wielu spółkach bywa dość burzliwa i jest oczywiście uzależniona od wysokości inwestorskiego zysku. W naszym przypadku inwestor dał 7 milionów dolarów, natomiast sprzedał swój pakiet za 21 milionów. Zarobił bardzo dużo, ale zawsze pozostaje pytanie, czy mógł zarobić więcej, bo przecież akcje Inter Cars od IPO drożały prawie dwukrotnie.

Jak wyglądały przygotowania Inter Cars do wejścia na giełdę?

- Rok przed debiutem giełdowym rozmawiałem z inwestorem finansowym i sugerowałem możliwość wejścia na giełdę. On początkowo puścił to mimo uszu, ale po kilku miesiącach wrócił do tematu. Całe przygotowanie do debiutu trwało 8 miesięcy. W przedsięwzięciu wspomagał nas tylko dom maklerski. Muszę powiedzieć, że mam szczęście do ludzi i tak naprawdę własnymi siłami osiągnęliśmy ten cel. Gdybyśmy w tej chwili mieli wprowadzać jakąś spółkę na giełdę, to zrobilibyśmy to już zapewne całkowicie samodzielnie.

Inter Cars prowadzi otwartą politykę informacyjną wobec rynku. Czy nie obawiacie się, że może to firmie zaszkodzić?

- Nie boję się tego. Do pewnego czasu, szczególnie w firmach polskich, jedną z najskrytszych tajemnic była wysokość obrotów. Moja firma od 6 lat oficjalnie informuje konkurencję o tych liczbach, nie kryjemy też swoich zysków. Ta praktyka stosowana jest wśród wszystkich graczy naszej branży na polskim rynku, chyba tylko z jednym wyjątkiem. Oczywiście nasz prospekt giełdowy zawiera szczegółowe informacje o firmie, ale czy któryś z inwestorów przeczytał go od A do Z? Wątpię, że tak, i w tym sensie jest to nawet przykre, bo włożyliśmy sporo pracy w jego przygotowanie. Przypuszczam, że ten dokument szczegółowo przeanalizował tylko nasz konkurent, który niedługo po nas wszedł na giełdę, firma JC Auto. Zresztą my jesteśmy otwarci na konkurencję. Przyjeżdżają do nas przedstawiciele różnych firm, pokazujemy im np. nasz magazyn, oni się zastanawiają, co z tego mogą zaimplementować u siebie. Nas cieszy konkurencja, która inwestuje, bo to oznacza, że ona zarabia. Martwi nas natomiast konkurencja, która nie zarabia, a na bij zabij próbuje tylko sprzedawać.

Niedawno poinformował Pan, że w 2005 r. przychody firmy wzrosną o 30%, czyli szybciej niż w roku 2004. Skąd ten optymizm?

- Jesteśmy importerem i duże znaczenie ma dla nas kurs euro. Gdy był on na poziomie 4,9 zł, wtedy o duży wzrost było łatwiej. Teraz, gdy euro jest po 4 zł, ten wzrost będzie trudniejszy, ale i tak jestem optymistą. Przede wszystkim dane makroekonomiczne są pozytywne, mamy wzrost gospodarczy, przekładający się na wzrost płac i konsumpcji. Docelowo powinniśmy dojść do takiego nasycenia rynku samochodami, jaki jest w Europie Zachodniej, czyli jeden samochód na dwóch mieszkańców kraju. Analizowaliśmy sytuację Portugalii i Hiszpanii po ich wejściu do Unii Europejskiej i tam takie nasycenie osiągane było po 10-12 latach. Poza tym Inter Cars nie sprzedaje części do starych polskich samochodów, a jedynie do zachodnich, dlatego w sytuacji rosnącego importu starych aut z zagranicy możemy liczyć na dobry wynik spółki. Zresztą wejście Polski do UE to dla nas przede wszystkim usystematyzowanie różnych przepisów, głównie podatkowych. Dla przedsiębiorcy najważniejsza jest przecież w miarę przewidywalna przyszłość, a to, jak myślę, może dać nam właśnie Unia Europejska. Uruchomiliśmy niedawno filię w Czechach. Można powiedzieć, że w rzeczywistości unijnej ta lokalizacja równie dobrze mogłaby być na Śląsku, bo pod względem logistycznym niewiele to już zmienia - to jest jedna trasa, nie ma już granicy, na której kiedyś trzeba było bardzo długo stać, teraz się po prostu jedzie. Skrócił się też czas dostaw z Europy Zachodniej, co dla importera jest istotne. Spadły koszty transportu zagranicznego. Cieszymy się także z importu samochodów, z tego, że rosną i będą rosły płace, bo to oznacza więcej samochodów na rynku.

Często ryzykuje Pan w swoim biznesie?

- Zawsze jestem na krawędzi. Zwykle zakładałem bardziej optymistyczne plany, niż mogłyby na to wskazywać posiadane środki. Ale zawsze się udawało. Mamy świetną kadrę, jesteśmy dużą i mocną firmą. Największym zagrożeniem jest dla nas chyba bardzo duży wzrost, taki rzędu 40 - 45%. Temu nie jest łatwo sprostać, bo wiele obszarów może nagle pozostać poza kontrolą. Pozostaje więc pytanie: czy do tej pory mogliśmy rosnąć szybciej? Odpowiedź brzmi - tak, ale ten wzrost mógłby być właśnie okupiony utratą kontroli nad spółką.

Jaka jest Pana opinia o przejmowaniu firm na rynku dystrybucji części samochodowych? Jest tu przecież sporo drobnych przedsiębiorstw, część z nich miała i ma kłopoty.

- W naszej branży były już podejmowane próby przejmowania innych firm. Podjął się tego np. Confex - firma, której już nie ma na rynku, a która próbowała przeprowadzić konsolidację poziomą poprzez przejmowanie innych importerów. To się nie powiodło mimo mocnego inwestora. My realizujemy konsolidację pionową, rozumianą jako wykupywanie konkretnych sklepów. Bo sklep to jest taki punkt dystrybucyjny, który posiada bezpośredni link do warsztatów samochodowych, czyli do naszych bezpośrednich klientów. To są przejęcia niskokosztowe, o których się nawet niewiele mówi, a w istocie jest to przecież wykupienie kawałka rynku, na który docieramy ze swoją ofertą. O przejmowaniu innych firm nie myśleliśmy nigdy, nawet gdy niektóre z nich miały kłopoty, tak jak Confex czy Auto-Art. Zresztą konsolidacja to mnóstwo problemów związanych z łączeniem różnych przecież organizacji. Łakomym kąskiem do przejęcia przez nas byłaby wspomniana już firma JC Auto, nasz konkurent giełdowy. Oni w pewnych obszarach robią to, czego nie robimy my, moglibyśmy więc przejąć ich wiedzę i doświadczenie. Byłaby to zapewne ciekawa synergia. Ale gdy popatrzymy sobie na giełdową wycenę tej firmy, to trzeba otwarcie powiedzieć, że do takiego połączenia nie dojdzie.

Jak Pan ocenia bazę logistyczną Inter Cars?

- Wydaliśmy na nią dwadzieścia kilka milionów euro i wydaliśmy te pieniądze dobrze. Uważam, że jesteśmy jedną z najlepszych firm logistycznych w tej części Europy.

A jak wygląda informatyka?

- Pracujemy na oprogramowaniu firmy Safo, które jest dobrze dostosowane do naszych potrzeb i stale rozwijane. Szkoda, że narzędzie to po wdrożeniu w Inter Cars sprzedawane było innym przedsiębiorstwom, choćby JC Auto, przez co nasze know-how trochę wyciekło poza firmę.

Pan i Pana firma to jeden z kilku przykładów kariery typu "z garażu na giełdę". Ale co dalej?

- W studenckich czasach pracowałem w USA i marzyłem o tym, by mieć pieniądze. Gdy trochę później powstał Inter Cars, mogłem dosłownie każdego dnia przeliczać zarobione, i to całkiem spore, pieniądze. Posiadanie większej ich ilości przestało być moją ambicją. Zaczęły być natomiast potrzebne środki na rozwój. Moją ambicją stało się wtedy, by firma była numerem jeden w Polsce i w Europie Wschodniej - te pozycje już mamy, jesteśmy też w pierwszej dziesiątce podobnych firm w Europie. W roku poprzednim uruchomiliśmy zakład budowy naczep w Sieradzu. Fabrykę tę w ciągu najbliższych trzech lat chcemy wprowadzić do pierwszej dziesiątki producentów naczep w Europie. Myślę, że to realne. To pewna dywersyfikacja naszej działalności, ale wszystko, co możemy uzyskać w dystrybucji części do samochodów, to 25% udziału w rynku. Większy udział byłby nierozsądny, niedogodny dla klientów.

Jakie znaczenie dla Pańskiego stylu zarządzania ma wykształcenie - dość rzadkie jak na prezesa firmy w Polsce?

- Gdybym skończył politechnikę, to może dzisiaj budowałbym mosty, ale ponieważ skończyłem filozofię na Akademii Teologii Katolickiej, nie mogłem dostać pracy w zawodzie i zacząłem naprawiać własne samochody. Właśnie tak trafiłem do mojej obecnej branży. Natomiast sama wiedza filozoficzna dała mi na pewno umiejętność spojrzenia na życie "z lotu ptaka", umiejętność nieprzejmowania się drobiazgami. Nauczyła mnie także szacunku dla człowieka, a bez tego trudno jest prowadzić firmę. Cieszę się, że Inter Cars zarządzany jest bardzo demokratycznie, może nawet liberalnie. Twarde traktowanie ludzi jest mi obce.


Zobacz również