Naprawdę przyszły dobre czasy

Niepokój związany z możliwością utraty pracy graniczy w USA z paranoicznym lękiem. Niesłusznie: tak naprawdę amerykański dobrobyt od dawna nie miał się lepiej – uważają publicyści The Economist.

Kolejny miesiąc i kolejne kiepskie, jak na amerykańskie warunki, statystyki zarejestrowanych nowych bezrobotnych. Od początku ostatniego spowolnienia gospodarczego do jesieni ubiegłego roku w USA zredukowano 2,7 mln miejsc pracy. Teraz, mimo, że znów rozpoczął się wzrost gospodarczy, wcale nie nastąpił boom na rynku pracy. W lutym 2004 r. powstało zaledwie 21 tys. nowych miejsc pracy (według oficjalnych danych), podczas gdy ekonomiści prezydenta przewidywali utworzenie 2,6 mln nowych etatów w 2004 r. Wielu Amerykanów uważa, że taki stan rzeczy spowodowany jest outsourcingiem pracowników w Chinach czy w Indiach, gdzie siła robocza jest znacznie tańsza. W związku z tym niedawno amerykański senat zatwierdził zakaz outsourcowania kontraktów rządowych.

Zdaniem publicystów z The Economist, Amerykanie popadają na tle gospodarczym w paranoję. Zupełnie niesłusznie – zmniejszenie liczby miejsc pracy to raczej zjawisko cykliczne niż strukturalne. W latach 1990. powstały aż 24 miliony nowych etatów. Obecny powolny wzrost zatrudnienia może na tym tle rzeczywiście wydawać się niepokojącą nowością. Warto więc przyjrzeć się jego przyczynom takim jak: załamanie rynków finansowych, spowolnienie inwestycji, ataki terrorystyczne, skandale korporacyjne. Jeśli wziąć te czynniki pod uwagę, ostatnie spowolnienie gospodarcze było raczej łagodne. W związku z tym ożywienie gospodarcze również przebiega łagodnie. A dzisiejszy wysoki wskaźnik produktywności w ciągu mniej więcej roku powinien przełożyć się na zwiększenie liczby miejsc pracy.

Trudno też zgodzić się z tezą, że outsourcing zmienił strukturę gospodarki amerykańskiej w ostatnich 3-4 latach. Według statystyk rządowych, outsourcing odpowiada za redukcję zaledwie 1% spośród zlikwidowanych miejsc pracy w USA.

Czekanie na poprawę na rynku pracy, może być dobrym momentem na przyjrzenie się materialnemu dobrobytowi Amerykanów. Wydaje się on być raczej niezagrożony. Średni przychód amerykańskich gospodarstw domowych pozostaje na stabilnym poziomie, od lat 1980 wzrósł o jedną piątą – czyli zdaniem niektórych rośnie zbyt wolno.

Jednak te statystyki nie uwzględniają jednak jednego dość istotnego czynnika – skali imigracji do USA, która przekracza całą imigrację światową razem wziętą. Wielu imigrantów przybyło, aby podjąć najgorzej opłacaną pracę. W ciągu 20 lat, do 1999 r., ok. 5 mln gospodarstw domowych imigrantów zostało dopisanych do listy żyjących poniżej progu ubóstwa. Zaś wśród obywateli urodzonych w USA wskaźniki ubóstwa malały systematycznie od lat 1960. Zaś dla rodzin czarnych przeciętne przychody rosły w tempie dwukrotnie szybszym niż średnia krajowa.

Wzrósł wskaźnik dostępności miejsc pracy. W latach 1980 – 2002 liczba pracujących Amerykanów wzrosła o 40%, w szybszym tempie niż liczebność populacji, która zwiększyła się o 26%. Ok. trzech czwartych dorosłej populacji pracuje – jest to wynik niemal rekordowy i o 10 punktów procentowych lepszy od europejskiego. Główną przyczyną wzrostu odsetka pracujących Amerykanów jest trzykrotny wzrost w ciągu ostatnich 50 lat liczby pracujących zamężnych kobiet.

Oczywiście wiele amerykańskich gospodarstw domowych walczy o przetrwanie, mając minimalne zarobki. Jednak większość posiada co najmniej dwa samochody i własny dom, a dzieci posyła na studia.

Pod koniec 2003 roku amerykańskie gospodarstwa domowe posiadały 44 biliony USD, więcej niż w poprzednim szczycie w 2000 r. Amerykanie są więc zamożniejsi niż kiedykolwiek. Czemu więc wciąż się niepokoją? Być może obawiają się, że dobrobyt zniknie w oparach dymu terroryzmu czy w skutek załamania na rynku nieruchomości. Być może należy winić przedmieścia, zamieszkiwane przez połowę ludności USA. Ucieleśniają one amerykańskie marzenie, ale za odpowiednio wysoką cenę.

Na podstawie: The Economist „Smile, these are good times. Truly”


Zobacz również