Opór materii

O OpenOffice może nie wiedzieć panna Mania z sekretariatu czy panna Jadzia z księgowości, ale zakładowy informatyk powinien być w pełni zorientowany, co się dzieje na rynku.

O OpenOffice może nie wiedzieć panna Mania z sekretariatu czy panna Jadzia z księgowości, ale zakładowy informatyk powinien być w pełni zorientowany, co się dzieje na rynku.

W jednej z grup dyskusyjnych poświęconych wolnemu oprogramowaniu przytoczono przykład sporej polskiej instytucji, zatrudniającej dobre trzy setki dusz, w której nie ma... ani jednej aplikacji biurowej w rodzaju Worda czy Excela. Powód? Prozaiczna bieda budżetowa. Nie starcza na wysupłanie paruset tysięcy złotych na niezbędne licencje, które starczyłyby na zapewnienie informatycznego bytu przynajmniej na kilka następnych lat. A może i na dłużej - sam mam w redakcyjnym komputerze Office 97 i jakoś mi to nie przeszkadza w prowadzeniu normalnej działalności, nie biegam też co chwilę do szefa informatyków z żądaniem natychmiastowej aktualizacji software'u do najnowszych standardów. Zresztą od pewnego czasu częściej korzystam z alternatywnego oprogramowania.

Pewnie dobrze to świadczy o poszanowaniu prawa w rzeczonej instytucji, ale chyba źle o jej zorganizowaniu. Zapewne większość czytelników postuka się w tym miejscu w czoło i zada rzeczowe pytanie: a czym oni piszą? WordPadem? A czym liczą? Kalkulatorem? Baz danych w ogóle nie mają? A czy słyszeli może o wolnym oprogramowaniu? Otóż to samo pytanie zadała osoba, która o tym zdarzeniu doniosła. Wzmianka o OpenOffice wzbudziła tam zdziwienie połączone z niezrozumieniem, co jest o tyle ciekawe, że instytucja ma na etacie informatyka, opiekującego się sporym zapewne parkiem maszynowym.

Powstaje w tym momencie pytanie, co właściwie robi w firmie informatyk, bo na zdrowy rozum osobnik do tego stopnia ignorujący potrzeby macierzystej firmy zasługuje, jeśli nie na zwolnienie, to na pewno na zmycie głowy. Chyba niewiele osób wyżej stawia OpenOffice niż Microsoft Office - trudno zaprzeczyć, że biurowy pakiet Microsoftu jest rozwiązaniem najbardziej funkcjonalnym, a Excel czy Access solidnie sobie na dobrą opinię zapracowały. Ale jeśli alternatywą kosztownego oprogramowania komercyjnego ma być bieda-software, jakieś ubożuchne edytorki z serwisów z freeware'em, to coś jest nie tak. O OpenOffice może nie wiedzieć panna Mania z sekretariatu czy panna Jadzia z księgowości, ale szef rzeczonej instytucji mógłby być przynajmniej zaniepokojony katastrofalną niewydolnością posiadanych narzędzi, a informatyk mieć pełną orientację, co się dzieje na rynku. Chyba, że zależy mu na świętym spokoju i braniu pieniędzy za dokręcenie od czasu do czasu jakiejś śrubki, kupienie komuś myszy i przypilnowanie, żeby lokalna sieć nie siadła.

Co interesujące, w październiku ubiegłego roku pojawiło się rozporządzenie sygnowane przez nie byle kogo, bo Radę Ministrów, w sprawie minimalnych wymagań wobec systemów teleinformatycznych, jako "używanych przez podmioty publiczne do realizacji zadań publicznych". Jak byk stoi w nim wyliczenie używanych formatów, w którym przy DOC jest adnotacja, że "standard obowiązuje wyłącznie dla odczytu dokumentu Microsoft Corp.", obok zaś wymieniony jest otwarty standard Open Document, czyli... natywny format OpenOffice.

Byłbym jeszcze skłonny przyjąć wyjaśnienie, że nie w każdym komputerze OpenOffice porusza się z akceptowalną szybkością, ale przynajmniej część maszyn w każdej firmie i instytucji bez większych problemów da sobie z nim radę. A tutaj nawet tej świadomości zabrakło. Być może, niedawny komunikat Ministerstwa Edukacji i Nauki przystawiający oficjalną pieczęć do OpenOffice, jako "produktu dostatecznie dojrzałego i zaawansowanego zarówno dla potrzeb edukacyjnych, jak i dla zastosowań biurowych w sektorze edukacji i nauki" zapoczątkuje zmiany w świadomości decydentów. Idzie przecież o setki milionów złotych z publicznej kiesy.

Na pewno niektórym decydentom przyjemniej jest spędzić miły weekend na sponsorowanych szkoleniach i prezentacjach w atrakcyjnym miejscu w Polsce czy poza jej granicami, ale instytucje budżetowe powinny być pod szczególnym nadzorem, dokonywane wybory zaś - uwzględniać wszystkie za i przeciw.

Ciekawe zresztą - przytoczmy w tym miejscu wypowiedź Krzysztofa Janiszewskiego z Microsoftu dla naszej IDG TV - że zewnętrzny audyt zamawiany przez firmy wykazuje takie absurdy, jak zainstalowane oprogramowanie CAD-owskie na stanowisku dla recepcjonistki. Z jednej strony budżetowe niedostatki, z drugiej aż boląca rozrzutność - no i czyż jest sprawiedliwość na tym świecie?


Zobacz również