Patent na kasę

We wstępnym okresie rozwoju nowoczesnego kapitalizmu na ziemiach polskich, czyli jakieś 15 lat temu, w gazetach żyjących ze sprzedaży drobnych ogłoszeń pojawiały się oferty w rodzaju: ''Bezgotówkowo przyjmę samochód zachodni z reklamą. Gwarancja dużych przebiegów''.

We wstępnym okresie rozwoju nowoczesnego kapitalizmu na ziemiach polskich, czyli jakieś 15 lat temu, w gazetach żyjących ze sprzedaży drobnych ogłoszeń pojawiały się oferty w rodzaju: ''Bezgotówkowo przyjmę samochód zachodni z reklamą. Gwarancja dużych przebiegów''.

Tego typu obwieszczenia dowodziły naiwnej oceny reguł rządzących nowym systemem gospodarczym. Naiwnej, bo u jej podstaw leżało przekonanie, że samochód można dostać za darmo tylko prosząc, odwołując się do ludzkiej dobroci za pomocą argumentum ad misericordiam.

Co bardziej przedsiębiorczy rodacy mieli już świadomość, że powieść mogą się tylko negocjacje prowadzone z pozycji siły. Ciekawym przypadkiem - jak się okazuje nie tylko na gruncie lokalnym - był obywatel, który usiłował zarejestrować dla siebie nazwy firm do tamtego czasu niezainteresowanych naszym rynkiem, a które prędzej czy później musiały się pojawić ze swoimi towarami także nad Wisłą, bo - jakbyśmy powiedzieli dzisiaj - taka jest logika działania globalnych korporacji. Wśród jego "klientów" były firmy tak znamienite, ja Tchibo, Gillette, a nawet chyba sam McDonald's. Tymże koncernom przedsiębiorczy jegomość usiłował sprzedać prawo do posługiwania się ich marką w Polsce.

Tradycja nie ginie. Przeczytałem właśnie, że francuski operator komórek Orange, który zainwestował w rodzimą firmę Centertel i planuje zastąpienie marki Idea swoją, odkupił prawa do domeny http://www.orange.pl. Stronę taką zarejestrował sobie jakiś czas temu pewien zapobiegliwy biznesmen, szef wydawnictwa działającego także na rynku prasy komputerowej, a zarazem doradca paru znanych firm z sektora telekomunikacyjnego. Jak widać ma spore rozeznanie w branży, bo teraz opylił Orange'owi orange.pl za 200 tysięcy euro.

Ale kasowanie pieniędzy za cudze pomysły nie jest żadną polską specjalnością. Na świecie ta praktyka bywa czasem nazywana poławianiem patentów i jest całkiem rozpowszechniona. Można tu przywołać przykład firmy Forgent, której kilka lat temu wiodło się raczej średnio jako producentowi oprogramowania do wideokonferencji. Szybki przegląd patentów będących w posiadaniu firmy pozwolił stwierdzić, że jeden z podstawowych algorytmów kompresji w formacie JPEG, znany przecież od 20 lat, do złudzenia przypomina algorytm, do którego prawa zastrzegł sobie, choć nieco później, Forgent. Seria procesów w sprawach o ochronę dóbr intelektualnych przyniosła jej szefom 100 mln dolarów, a to ciągle betka. Frogent, rozochocony pierwszymi sukcesami, wytacza bowiem coraz to nowe procesy, tym razem przeciw znacznie poważniejszym i zasobniejszym rywalom, takim jak Apple czy IBM. W dodatku prawnicy - zapewne robiąc porządki na strychu - doszukali się w archiwach firmy patentów, które mają zapewnić solidne przychody w kolejnych latach. Tym razem chodzi o technologię zapisu danych w cyfrowych nagrywarkach programu telewizyjnego, np. w TiVo.

Powiedzmy sobie wprost: takie działania to bandycka metoda, która opiera się na wynajdywaniu w rozmaitych wynalazkach pomysłów, których nikt wcześniej nie opatentował i czerpaniu z nich zysków. TiVo pojawiło się w sprzedaży w roku 1999, a Forgent opatentował sporne algorytmy dopiero trzy lata później.

Można ciągle wmawiać sobie, że firma Forgent to egzotyczna ciekawostka. Jednak proceder, jaki ona uprawia, jest o wiele bardziej powszechny, niż mogłoby się wydawać. Dotyczy w dodatku firm o uznanej reputacji, takich jak choćby Microsoft. Co ciekawe, pokrzywdzonym jawi się jego odwieczny rywal, czyli Apple. Sprawa jest całkiem świeża i dotyczy iPoda. Otóż Apple nie opatentował na starcie pewnych rozwiązań interfejsu swojego odtwarzacza MP3. Chodzi tu o kółko, którym steruje się funkcjami iPoda. Próbował zrobić to w październiku 2002 roku. Teraz, a dokładnie w lipcu amerykański urząd patentowy odrzucił jego wniosek, bo niemal identyczny złożył pięć miesięcy przed Apple'em Microsoft. Nawet dla średnio rozsądnego człowieka sprawa jest oczywista: Microsoft próbował opatentować rozwiązanie, które od roku funkcjonowało w postaci gotowego produktu, sprzedawanego przez jego odwiecznego konkurenta. W dodatku nie był to produkt niszowy: iPod był, i nadal jest numerem jeden wśród cyfrowych odtwarzaczy muzyki. Ale prawnicy nie kierują się rozsądkiem. Dlatego sprawa, która nadal czeka na rozstrzygnięcie, może skończyć się tak, że Jobs będzie musiał płacić Gatesowi tantiemy od każdego sprzedanego iPoda za korzystanie ze swojego pomysłu, tyle że opatentowanego przez Gatesa.

Muszę przyznać, że takie przypadki, a nie są one w historii Microsoftu odosobnione, sprawiają, że nieco inaczej patrzę na wysiłki tej firmy mające na celu ukrócenie piractwa komputerowego. Nie wiedzieć czemu przypomina mi się stara, leninowska zasada. Grab zagrabione! Zresztą Lenin sam jej nie wymyślił. Ukradł Janosikowi.


Zobacz również