Pax Corpus

Fabuła gry kojarzyć się może poniekąd z filmem "Sexmisja", lecz podobnie jak reszta składników, jest uboga duchowo. Tak więc mamy świat Oz-Nam położony gdzieś daleko, głęboko, na peryferiach systemu gwiezdnego. Gdzieś, gdzie diabeł nie mówi dobranoc, bo krainą rządzą same kobiety.

Fabuła gry kojarzyć się może poniekąd z filmem "Sexmisja", lecz podobnie jak reszta składników, jest uboga duchowo. Tak więc mamy świat Oz-Nam (trafniej pasowałaby nazwa NoName) położony gdzieś daleko, głęboko, na peryferiach systemu gwiezdnego. Gdzieś, gdzie diabeł nie mówi dobranoc, bo krainą rządzą same kobiety. Mieszkanki, kobietami są jedynie pod względem biologicznym, bo to nie te same miłe i łagodne istotki z naszego otoczenia. Jakiś czas temu wściekłe hordy przedstawicielek korporacji Alcyon wymordowały prawie cała populację samców, pozostawiając nielicznych dla celów służebnych jak i zapewne rozrywkowych. Świat według kobiet, to nic innego jak system totalitarny w najgorszym wydaniu. Babo-tyran, stojący na czubku piramidy władzy, to niejaka Kiyana Soro (ciekaw jestem kto wymyślał te wszystkie nazwy i nazwiska, od których można odstać poplątania języka). Niestety, w każdym stadzie znajdą się czarne owce, osły, barany etc., które sprzeciwiać się będą obowiązującym prawom. Kiyana nie należy do osób kompromisowych, gdyż wszyscy wywrotowcy jak jeden mąż idą pod kaci topór. Ogniska zapalne, dokuczliwe dla ego ponurej władczyni, niebawem mają zostać bezpowrotnie zduszone przez nowy wynalazek techniczny - Pax Corpus. Pax Corpus to nic innego jak odpowiednik kastratora psychicznego, mającego wyplenić z mózgów podwładnych wolność myśli oraz indywidualność. Osobą odpowiedzialną za prace nad projektem jest niejaka Ellyis - stara, dobra znajoma naszej dyktatorki. Tuż przed zakończeniem pracy w Ellyis dochodzi do przeobrażenia wewnętrznego. "Umarła Ellyis, narodziła się Ellyis2" - można powiedzieć parafrazując utwór wieszcza. Postanawia zbuntować się przeciwko niedawnej przyjaciółce (i niech ktoś teraz mi powie, że kobiety nie są zmienne). Ucieka ze laboratorium zabierając jeden egzemplarzem działającego już wynalazku.

W tym momencie zaczyna się koszmar dla gracza spowodowany grą. Złośliwość losu rzuca nas w ciało Kahlee - najemniczki, osoby niezadowolonej z panującej tyranii. Nasze zadanie jest ambitne, a cel trudny do osiągnięcia w pojedynkę. Życie, nawet te na ekranie monitora, bywa brutalne. Mamy ukrócić poczynania pani dyktator, odnaleźć doktor Ellyis oraz rozwiązać tajemnicę jej wynalazku. Akcję, podobnie jak w pierwowzorze, oglądamy patrząc na plecy/pośladki głównej bohaterki. Chodzimy i biegamy po jakichś tam tunelach, pomieszczeniach, budynkach. Niektóre plansze są tak małe, że trudno by było urządzić w nich dyskotekę dla mrówek. Rozplanowanie, a właściwie chyba jego brak, pomieszczeń jest fatalne, że szkoda słów. Jeżeli dorzucimy do tego zboczone upodobania plastyka do maltretowania gracza ponurymi kolorami i mało atrakcyjną, monotonną grafiką, to od razu odechciewa się grać. Na swojej drodze możemy spotkać inne przedstawicielki płci pięknej, przeważnie różniących się od siebie kolorystyką ubioru oraz posiadanym arsenałem. Napotkane panie mają niezdrowe skłonności sadystyczne i starają się wytrzaskać nas po buźce, lub też strzelają do nas z różnych, dziwnych przedmiotów. Przyglądając się bliżej przeciwnikom, dojdziemy do wniosku, że odnaleźliśmy brakujące ogniwo w ewolucji człowieka. Napastniczki poruszają się nader niezgrabnie, wykonując sztywne ruchy. Nie grzeszą również inteligencją, pomimo ciemnego owłosienia głowy. Nie należy wdawać się z nimi w zbędne dyskusje, lecz od razu posyłać poczwary do piachu. Tu muszę pochwalić się, że dzięki grze opanowałem unikalną zdolność celowniczą. Stojąc w odpowiedniej odległości od swojej ofiary, Kahlee bez skrupułów i współczucia strzela w miejsce powszechnie uznane za intymne lub jak kto woli "strefę bikini". Przy trafieniu, w zależności od koloru wdzianka, ofiary wykonują mniej lub bardziej efektowne zejście połączone z bezwładnymi machnięciami wszystkimi kończynami oraz akrobatyką powietrzną. No cóż, świat jest brutalny, pełen przemocy, nie ma przebacz...

Nasza buntowniczka jest osobą o rozdartej psychice. Z jednej strony rozdarcie powodowane jest obowiązkiem służenia władczyni, z drugiej strony myśli o dobrze własnym, ogółu i ogólnie panującej niesprawiedliwości. Jak już wspomniałem, uniform odsłania sporo wdzięków kobiecych, które jakby były ładne, to uatrakcyjniałyby w znacznym stopniu grę. Sposób w jaki porusza się Kahlee, może sugerować, że jej wcześniejszym miejscem pracy był bar ze striptizem. Połączenie tych elementów z butami w guście markiza de Sade, nasuwa nienajlepsze wnioski o przeszłości dziewczyny, lecz w przyszłości każdy wariant jest możliwy i nie należy wszystkiego tak dosłownie odczytywać. Pozostawiona samopas, co chwilę rozgląda się dookoła oraz wykonuje dość dziwne, chaotyczne ruchy. Podsumowując, ma tyle wdzięku i urody co DukeNuken na ostatniej planszy w trybie Hard.

Kilka słów należy się oprawie muzycznej. Pomijając odgłosy strzałów i klapsów, które równie dobrze mogłyby być odgłosami wydawanymi przez trzaskanie klapą śmietnika, bądź śpiewem zepsutego rezerwuaru, w grze mamy podkład muzyczny. Wiele w życiu słyszałem, przechodziłem (przypadkowo) obok miejsc gdzie puszczano polską muzykę taneczno-chodnikową (czyt. dp), trafiałem (przypadkowo) w telewizji na listy przebojów poświęcone tejże muzyce, ale to czym raczy nas gra, przerasta moją zdolność absorpcyjną. Niewiele powiem o muzyce, bo sprzęt nagłaśniający wyłączyłem po ok.15 minutach, również z obawy przed linczem ze strony najbliższych sąsiadów. Czepiając się wszystkiego nie mogę pominąć tych dwóch kartek spiętych spinaczem, które, całe szczęście, nie zostały podpisane jako "instrukcja obsługi" lub "podręcznik użytkownika". Jakość i wykonanie nie przemawia na korzyść gry. Ich zaletą jest krótkie wprowadzenie w którym zawarto historię planety Oz-Nam oraz cel naszej misji, bo gra sama w sobie nie posiada żadnego wprowadzenia. Gra wykazuje niezdrowe zapotrzebowanie na moc obliczeniową, co przy oferowanej jakości jest rzeczą trudną do wytłumaczenia. Przy instalacji nie udało mi się zdefiniować katalogu w którym ma zostać zainstalowania gra, pomimo widniejącego okienka z tym parametrem.

Ufffff...... na szczęście nie muszę już grać w tą gierkę. Dziwi mnie fakt, iż firma CRYO zdecydowała się firmować swoim znakiem tak przeciętną, aby nie powiedzieć niedopracowaną grę. Produkt daje możliwość wyboru języka (francuski, angielski, niemiecki) w jakim będzie komunikowała się z użytkownikiem, lecz nie sądzę, aby ten mały drobiazg wpłynął znacząco na jej sprzedaż. Dochodząc do końca, stwierdzam, że jest to kolejna pozycja która przejdzie bez echa, pozostawiając po sobie krótkotrwałe jęki zawodu i rozczarowanie. Pax Corpus otrzymuje ocenę 1.5, gdyż ludzie są nieobliczalni i nie wiadomo czym jeszcze mogą nas niemile zaskoczyć.


Zobacz również