Pecetowy socjalizm

W całym kraju zapachniało tanim, pecetowym populizmem. Premier zapowiedział start programu "komputer dla każdego ucznia". MSWiA planuje, by najubożsi Polacy już pod koniec tego roku dostali za darmo, do domu, komputery podłączone do Internetu. Mają trafić przede wszystkim do gospodarstw domowych o niskich dochodach, otrzymają je osoby z rodzin w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, uprawnione do otrzymywania stypendiów socjalnych i wytypowane przez ośrodki pomocy społecznej.

Bajka! Marzenia się spełniają... Wnioski już można chyba składać. Gmina otrzyma dotację nie tylko na kupno komputerów dla mieszkańców, ale też na opłacenie dostępu do Internetu, instalację i serwisowanie sprzętu, szkolenia z zakresu obsługi komputera i korzystania z Internetu. Znajdą się też pieniądze na wypłaty dla pracowników odpowiedzialnych za wskazanie potrzebujących i kontrolę tego, jak maszyny są wykorzystywane. W ciągu najbliższych 5 lat na cały program walki z cyfrowym wykluczeniem Polska może wydać 364 mln euro. Aż łapki swędzą...

I wierzcie mi - te nowe maszyny rozdawane przez państwo to nie będzie byle co. Nikt nie wciśnie ciężko doświadczonym przez los rodakom tanich, małych, energooszczędnych edukacyjnych urządzeń w stylu OLPC Co to, to nie! Jakoś tak się porobi, że w większości będą to zestawy z wielordzeniowymi procesorami wielkiego producenta, wyposażone w gigantyczne twarde dyski i minimum 2 GB RAM i oczywiście pracujące pod kontrolą jedynie słusznego systemu innego wielkiego producenta. Jak się firmy, jedna z drugą, dobrze zakręcą, to w ramach takiej oferty socjalnej wepchną gminie jeszcze drukarki i skanery - zwłaszcza modele wycofane z normalnej oferty rynkowej ze wzgledu na brak zainteresowania klientów. O tym, że część sprzętu "przypadkiem" trafi do rodzin i znajomych miejscowych notabli, nie muszę chyba mówić.

W skrajnych przypadkach akcja przybierze formę typowego jednorazowego zasiłku - bo tak należy traktować rozdawnictwo sprzętu. Zwykłe rozdawnictwo demoralizuje ludzi, dlatego kończy się marnowaniem pieniędzy, a w sytuacjach ekstremalnych nawet patologią. Kiedy obdarowani zorientują się że blaszanej skrzynki nie da się ani wypić, ani zjeść, ani się w nią ubrać, całe zestawy lub ich elementy zaczną ginąć, by szybko zmaterializować się w innej postaci - jako sterta pustych flaszek lub grochówka z wkładką dla całej rodziny.

Sam komputer nie wystarczy - potrzebne jest wykształcenie umiejętności korzystania z niego. Danie narzędzia komuś, kto nie potrafi się nim posługiwać, jest nierozsądne. A w system skutecznych szkoleń i kontroli po prostu nie wierzę. Nie neguję potrzeby walki z cyfrowym wykluczeniem, ale informatyczny pociąg toczy się przez kraj na tyle długo, że kto chciał (nieraz ogromnym wysiłkiem i kosztem wielu wyrzeczeń), już w nim siedzi. Nie ma potrzeby dla poprawienia statystyk podczepiać do lokomotywy wagonów trzeciej klasy, a potem wtłaczać do nich pasażerów niemal na siłę i z darmowymi biletami. I tak z niego wysiądą.

Alternatywą dla absurdalnego fundowania komputerów biednym, potrzebującym rodzinom jest tworzenie ogólnodostępnych stanowisk komputerowych w instytucjach publicznych, gdzie każdy mógłby korzystać za darmo z komputera i Internetu pod okiem choć trochę przeszkolonego personelu. Inaczej pecetowy socjalizm skończy się farsą w stylu najpopularniejszego filmu Stanisława Barei. "Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu i co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia...".


Zobacz również