Perfekcyjny hałas

Amerykański filozof V.O.Quine w książce "Różności", opisując znaczenie cyfry trzy, zdaje się nie pamiętać, że istnieje również trio - najdoskonalszy skład w muzyce rozrywkowej.

Amerykański filozof V.O.Quine w książce "Różności", opisując znaczenie cyfry trzy, zdaje się nie pamiętać, że istnieje również trio - najdoskonalszy skład w muzyce rozrywkowej.

Trzech odpowiednich muzyków to akurat tylu, ilu potrzeba. Cream był jednak trio wyjątkowym. Zespół istniał zaledwie dwa lata, między 1967 a 1969 rokiem, ale oryginalna propozycja muzyczna, którą przedstawił, zmieniła sposób postrzegania możliwości rocka. Cream grał muzykę improwizowaną, jeśli więc znajomość ich dokonań sprowadzić do płyt studyjnych, powstaje pytanie: o co tyle szumu? To po prostu kilka albumów z dobrymi piosenkami (Cream jest chyba jedynym zespołem, który nigdy nie nagrał słabszej kompozycji), ale nic ponadto. Rzecz w tym, że Cream to grupa, która z koncertu uczyniła eksperyment. Materiał znany z albumów w wykonaniach na żywo pojawia się jako pretekst dla improwizacji, najczęście to pół zwrotki, fragment refrenu, a potem dziesięcio-, dwudziestominutowe partie solowe, z reguły grane równocześnie. Tak przed Cream nie grał nikt. Ktoś powie: hałas - i zapewne będzie w tym trochę racji. Muzyka trio nie należała do najłatwiejszej w odbiorze, ale jest to hałas perfekcyjnie zorganizowany.

Cream wyróżnia też skład. Był pierwszą tak zwaną supergrupą, a może nawet jedyną, która powstała z autentycznej potrzeby grania razem, nie z powodów marketingowych. Postacią, która w oczy rzuca się najbardziej, od początku był oczywiście Eric Clapton. Po rozpadzie Yardbirds młody Clapton (już wtedy nazywany Slowhand albo God) był prawdopodobnie najbardziej poszukiwanym gitarzystą w Londynie. Clapton wniósł do zespołu nowatorskie brzmienie gitarowego efektu wahwah, po latach jednak nie sposób utrzymywać, że Slowhand był muzycznym geniuszem. Jeśli w muzyce Cream coś wydaje się dziś staroświeckie, to właśnie stosunkowo ograniczona, na wskroś bluesowa wyobraźnia gitarzysty. Zresztą całą karierę Claptona można rozpatrywać w kategoriach artystycznej degradacji po rozwiązaniu Cream - bluesowa orientacja w improwizującym trio mogła być jeszcze do przyjęcia, ale Clapton już nigdy nawet nie zbliżył się do tamtego poziomu. Grał coraz bardziej popowe, wtórne melodie i covery, aby w końcu zrealizować zadzwiająco niedobrą, popbluesową płytę Unplugged. Szkoda, tym bardziej że przed Claptonem z pozostałymi muzykami powstającej grupy, Bakerem i Brucem grał John McLaughlin, trwały też rozmowy z Hendrixem.

Ginger Baker, najstarszy z całej trójki, nieformalny lider zespołu to chyba najciekawszy perkusista w historii rocka. Takie stwierdzenia zawsze wyglądają podejrzanie, ale gry Bakera nie można porównać z niczym: jego technika polega na ciągłym wykonywaniu wirtuozerskiego solo. Podstawą tego stylu gry jest dialog między instrumentami tworzącymi zestaw perkusyjny, co w praktyce oznacza, że perkusista każdą częścią ciała gra co innego. Po rozpadzie grupy Baker emigrował do Afryki, gdzie prowadził studia nad strukturą rytmiczną muzyki plemiennej (podobnie postąpił Steve Reich), a ostatecznie zorganizował rodzaj szamańskiego studium dla perkusistów. Co robi w tej chwili, nie wiadomo.

Dla wielu postacią numer jeden w Cream pozostaje Jack Bruce. Podobnie jak Backer, Bruce był chyba najlepszym basistą w historii muzyki rozrywkowej. Jego styl gry współcześnie określa się jako motoryczny, ale w grze Bruce'a jest coś jeszcze, trudna do uchwycenia swoboda ekspresji, jaką może dać tylko solidne przygotowanie. Bruce miał być skrzypkiem, a jako ulubionego basistę zawsze wymieniał Bacha. Jego ulubionym kompozytorem jest Olivier Messian. Bruce był też świetnym wokalistą i twórczym kompozytorem. Po rozwiązaniu grupy nagrał kilkanaście płyt solowych, założył dziwaczną formację Musical Extravaganza, która wykonywała osobliwe kompozycje, dające się najprościej określić jako rock barokowy (w odróżnieniu od rocka symfonicznego), uczestniczył w nagraniach "Berlin" Reeda oraz "Apostrophe" Zappy. Pod koniec zeszłego roku wydał płytę Shadows In The Air z gościnnym udziałem Reida, Moore'a i Claptona. Płyta dotarła do piątego miejsca na brytyjskiej liście jazzowej.

DVD to rejestracja pożegnalnego koncertu Cream z grudnia 1969 r. Jak łatwo można się domyślić, jakość zapisu dźwięku i obrazu nie jest perfekcyjna; materiał wyjściowy to stare nagranie telewizyjne. W najmniej odpowiednich momentach pojawiają się komentarze i pytania z offu, na przykład: Nie od dziś wiadomo, że głośna muzyka uszkadza słuch. Co pan na to? - docieka zaintrygowany dziennikarz. Dostępne są za to dwie wersje koncertu, 45- i 80-minutowa. Wybrać można między dźwiękiem stereo a DD 5.1. W dodatkach - zdjęcia i zabawny kwestionariusz wypełniony odręcznie przez muzyków.

Zaletą tej płyty jest jej wartość historyczna (muzyka sprzed 30. lat na DVD to rzadkość) oraz fakt, że widzimy Cream na żywo. Nie jest to dekadenckie pożegnanie znudzonych sobą i rutyną gwiazdorów, ale kilkadziesiąt minut fantastycznej improwizacji muzyków, którzy z sobie tylko znanych powodów w momencie twórczego apogeum zdecydowali, że przestają grać razem.


Zobacz również