Piecyk na sznurku

Dzisiejszy felieton jest dwunastym z napisanych dotąd przeze mnie do digita. Myślę, że po roku mogę sobie pozwolić na podsumowanie. Nie chciałbym jednak zabawiać się w księgowego, raczej interesuje mnie, jaki był ten miniony rok w szeroko rozumianej sferze artystycznych zastosowań komputerów. Otóż wydaje mi się, że rok ten nie był przełomowy. Nie w takim sensie, jakiego byśmy w głębi duszy oczekiwali.

Dzisiejszy felieton jest dwunastym z napisanych dotąd przeze mnie do digita. Myślę, że po roku mogę sobie pozwolić na podsumowanie. Nie chciałbym jednak zabawiać się w księgowego, raczej interesuje mnie, jaki był ten miniony rok w szeroko rozumianej sferze artystycznych zastosowań komputerów. Otóż wydaje mi się, że rok ten nie był przełomowy. Nie w takim sensie, jakiego byśmy w głębi duszy oczekiwali.

Na pewno nie był to rok rewolucyjny, raczej był to czas powolnej ewolucji platform, programów oraz sprzętu. A może już osiągnęliśmy szczyt i dalej będzie powolna jazda w dół?

Spróbujmy popatrzeć na kilka elementów rynku komputerowego.

Przede wszystkim nie ma wątpliwości, że Windows wygrały. Zarówno w sądzie, gdzie wprawdzie potwierdzono monopolistyczny charakter firmy Microsoft, o czym wszyscy i tak doskonale wiedzieli, jak i przede wszystkim na rynku. Mimo całego emocjonalnego przywiązania do firmy Apple nie widzę jakoś, by Mac OS X zawłaszczał nowe terytoria.

Było i jest jakieś 5% makowców wśród wszystkich użytkowników komputerów, są oni szczęśliwi, bo mają wreszcie nowoczesny system operacyjny, ale przecież ta grupa nie zwiększa się.

Pomimo efektownej kampanii reklamowej mam wrażenie, że tyle samo pecetowców przesiada się na jabłuszka, ilu zniechęconych makowców kupuje pecety. Akurat w branżach artystycznych, gdzie inwestycje w oprogramowanie są znacznie większe niż gdzie indziej, ta migracja jest pewnie mniejsza, ale jak się rozejrzeć wokoło, to jest ona znikoma pod względem liczby konwertytów.

Podobnie, choć w innych rejonach sceny komputerowej, bitwa okienek z pingwinami wcale nie przekształciła się w wojnę. Może dlatego że Linux w dalszym ciągu nie ma dobrego oblicza graficznego (firma Easel zbankrutowała, nim zdołała cokolwiek ukończyć), a może dlatego że po prostu brak programów-lokomotyw, które zachęcałyby do przeinstalowania systemu. Gdy rozmawiam z zapaleńcami Linuksa, zawsze mają pod ręką przykłady programów, które na ich ulubionej platformie też są dostępne. No właśnie, też. A gdzie są te programy, które działają tylko pod Linuksem?! To jest zresztą szerszy problem, z którym boryka się także firma Apple. Choć wykupuje ona małych producentów specjalizowanego oprogramowania (ostatnio Emagic) i wyraźnie ogranicza produkcję oprogramowania pod Windows (dlaczego nie ma Final Cut Pro na tę platformę?), to przecież liczba programów, dla których należy kupić tylko Maca jest znikoma.

To jest ten największy problem całego rynku komputerowego: dlaczego użytkownicy mieliby kupować nowe komputery?

Osobiście używam dwuletnie G4/MP/450 i wcale nie widzę powodu, dlaczego miałbym go zastąpić najnowszymi modelami o częstotliwościach zegara ponad 1 GHz. Owszem, instalowałem takie maszyny użytkownikom, którzy przesiedli się z antycznych modeli jak beżowy G3/233 i wtedy rzeczywiście wrażenie jest rewelacyjne. Ale fakt, że system operacyjny startuje na tych rakietach dwa razy szybciej niż na moim staruszku, wcale do mnie nie przemawia, bo ostatecznie, ile razy wznawiam pracę systemu? Czyż Apple nie obiecywał nam, że to wcale nie będzie potrzebne??? Tymczasem mój staruszek ma w środku tylko jeden wiatraczek i mogę go trzymać na biurku bez obawy o utratę słuchu...

Tak, nowe komputery stają się przede wszystkim bardzo efektownymi piecykami, w których głównym elementem konstrukcyjnym są wiatraczki. Nowe Maki, już powszechnie nazywane "tunelami aerodynamicznymi" z racji szumu generowanego przez powietrze chłodzące procesory, nie są niczym specjalnym. W świecie pecetów oferuje się dla graczy specjalne obudowy z siedmioma wiatrakami, bo przecież taki podrasowany komputer z P4 3 GHz z wyrafinowaną karta graficzną (własny wiatraczek na karcie!) generuje wcale nie mniej ciepła. Przekonałem się o tym dowodnie, gdy któregoś dnia wysiadła nam w pracy klimatyzacja w pokoju komputerowym. 45 komputerów, wcale zresztą nie najszybszych i wcale nie obciążonych w 100%, w ciągu kilku godzin podgrzało temperaturę sporego pomieszczenia na tyle, że co słabsze jednostki zaczęły padać. Nic więc dziwnego, że projektanci komputerów tak wielką wagę przywiązują do chłodzenia. Przyszłość jawi się tutaj ponura: zamiast komputera będziemy mieli na stole lodówkę.

Żeby chociaż komputery były takie proste w użyciu, jak lodówki. Nawet instalacja jest skomplikowana, bo liczba kabli, które prowadzą do komputera, wcale się nie zmniejsza. Tu chwała firmie Apple za monitory, które nie wymagają osobnego zasilania. Ale i tak standardowy Mac tworzy plątaninę kabli USB od klawiatury i myszy oraz od urządzeń FieWire, nie wspominając zanikających kabli SCSI. Nawet najnowszy iMac też wymaga kabli, choć przecież aż prosiło się o klawiaturę i mysz z Bluetooth. Gdy takie urządzenia peryferyjne pojawią się, ciągle jeszcze pozostanie ten ostatni sznurek - do sieci energetycznej. Może chociaż Internet po nim da się też pociągnąć?!

Na koniec moich narzekań na brak postępu pozostawiłem sobie nowe komputery w formacie tabliczki. Niby wygodne, wreszcie umiejące odczytać ręczne pismo oraz proste kształty (trójkąt, kwadrat) i stosunkowo lekkie (poniżej dwóch kilo) - wydawałoby się, że jest to ucieleśnienie marzeń o komputerach dla ludzi. Tymczasem krótki czas życia baterii (żadna ze znanych mi tabliczek nie trwa dłużej niż 4 godziny) w połączeniu z ograniczoną funkcjonalnością wyzwala pytanie: dla kogo te zabawki? Przecież nie dla grafika, który i tak już ma płytkę do rysowania podłączoną do swego komputera biurkowego, ani też nie dla studenta, który robi notatki szybciej pisząc na klawiaturze niż piórem.

Tak więc w kolejnym roku ery komputerowej widzę takie same, choć może nieco bardziej gorące piecyki, podłączone sznurkami poplątanych przewodów i pozwalające oglądać świat przez takie same okienka. Będzie tak pewnie przez czas jeszcze jakiś, bo nic nie jest bardziej oporne na upływ czasu niż ludzka natura.

A my przecież nie zmieniamy się, prawda?


Zobacz również