Piękno definicji

Dyskutowałem ostatnio z kolegami kwestię obsługi komputerów, a raczej prosty fakt, że lepsza obsługa wymaga wyższej ceny. Rzeczywiście, jak się rozejrzeć wokoło, to łatwo można zauważyć różne ceny. Począwszy od komputerów. Nie chcę po raz n-ty wzniecać dyskusji o tym, która platforma systemowa jest lepsza, bo rynek dokonał już wyboru.

Dyskutowałem ostatnio z kolegami kwestię obsługi komputerów, a raczej prosty fakt, że lepsza obsługa wymaga wyższej ceny. Rzeczywiście, jak się rozejrzeć wokoło, to łatwo można zauważyć różne ceny. Począwszy od komputerów. Nie chcę po raz n-ty wzniecać dyskusji o tym, która platforma systemowa jest lepsza, bo rynek dokonał już wyboru.

95% użytkowników nie ma za złe firmie z Redmont, że powoli wprowadza udogodnienia oraz smaczki, które gdzie indziej albo były dostępne wcześniej (Mac OS), albo są za darmo (Linux). W rezultacie taki mieszany model okazał się najlepszy dla większości użytkowników. Ale i on ma swoją cenę.

Otóż kiedy przychodzi recesja, to ludzie nie chcą kupować nowych komputerów, a w każdym razie kupują ich mniej. Co za tym idzie założenia modelowe, które doprowadziły do skomplikowanej struktury cenowej MS, mogą okazać się nie do utrzymania na dłuższą metę. Dlatego firma eksperymentuje z nowymi cenami grupowymi oraz systemem rejestrowania oprogramowania. Nie wiadomo, jak użytkownicy zareagują na takie nowinki - mogą przestać kupować nowe oprogramowanie. Ja w każdym razie trzymam legalnie posiadany zestaw Office 97 oraz uaktualnienie do Office 2000, bo są one ostatnimi, które można zainstalować bez sieciowego sprawdzania albo dzwonienia do firmy po nowy kod odblokowujący. Dopóki ten zestaw będę mógł zainstalować na nowym komputerze, nie widzę powodu inwestowania kilkuset dolarów w rozszerzenia, których nie potrzebuję.

Można uogólnić powyższe spostrzeżenie i powiedzieć, że wszystko ma swoją cenę. Kiedy pierwszy raz zwerbalizowałem tę zasadę, natychmiast na mnie naskoczono, że jestem zmaterializowanym cynikiem, który wszystko przelicza na pieniądze. Po chwili zastanowienia muszę więc dodać zastrzeżenie, które - mam nadzieję - spodoba się moralistom. Otóż cenę ma wszystko, co można zdefiniować. Oczywiście, teraz będziemy dyskutowali, co to jest dobra definicja, ale sądzę, że większość ludzi czuje intuicyjnie poprawność definicji. Podam kilka przykładów. Kiedy chcę mieć szybszy komputer, to mierzę czas wykonywania typowych operacji, które będę potem na nim powtarzał. Czysta definicja operacyjna - szybszy komputer na ogół kosztuje więcej. Na ogół, bo cały czas zdarzają się obniżki cen i są one okazjami do kupienia szybszego taniej. Podobnie jest z programami.

Lepszy program ma więcej możliwości. Może się zdarzyć, że cena tego lepszego programu lub szybszego komputera będzie niższa od konkurencji i wtedy pewnie taki produkt opanuje rynek.

Jakie więc rzeczy ceny nie mają? Ano takie, które trudno zdefiniować. Ot, choćby szczęście, miłość, piękno. Dwa pierwsze są niedostępne w cyfrowym świecie komputerów, bo w związku z brakiem ogólnie przyjętej definicji nie mogą zostać przeliczone nie tylko na pieniądze, ale także na liczby. Nie myślę tu o namiastkach w postaci gier dostarczających uczucie szczęścia, jak się zabije kilku ludzików na ekranie, ani też o stronach internetowych z pornoskami, bo do prawdziwego szczęścia i miłości nijak się one nie mają.

Ale z pięknem sprawa już nie jest taka prosta.

Komputery pozwoliły wszystkim spróbować tworzyć, oddzielając narzędzie od procesu tworzenia warstwą cyfrową, która jest odnawialna. Kiedy kuję litery w kamieniu i uderzę za mocno, to odłamanego kawałka nie da się w niewidoczny sposób przysztukować z powrotem. Tak samo zapacykowany obraz ostatecznie można odczyścić, ale nie da się takiej operacji zrobić selektywnie. Tymczasem w twórczości komputerowej prosta operacja odwołania jednego lub kilku poleceń jest bodajże najpotężniejszym narzędziem, jakie dano każdemu, w szczególności mało doświadczonemu twórcy.

Tak więc piękno choć niedefiniowalne i w związku z tym bezcenne, to jednak poddaje się częściowo komputeryzacji. Pytanie tylko, czy możliwość poprawiania i udoskonalania rzeczywiście prowadzi do tworów coraz piękniejszych. Otóż mam wrażenie, że oczywiste ograniczenia sztuki cyfrowej prowadzą do upodobnienia się efektów końcowych. Dość przypomnieć metalizowane, z połyskiem liternictwo, które opanowało projekty graficzne okładek płyt, a dostępne jako powszechna wtyczka do programów graficznych. Podobnie przejścia kolorystyczne, kiedyś uzyskiwane z olbrzymim mozołem, a dziś tworzone automatycznie między dowolnymi kolorami.

Muszę się przyznać, choć to pewnie objaw starości, że podoba mi się coraz mniej nowych pomysłów komputerowych, nie tylko w dziedzinie wizualnej, ale także muzycznej. Łatwość tworzenia wcale nie prowadzi do piękna, bo jak to ładnie ktoś ujął, tylko ból tworzenia daje efekty.

Może więc zamiast udoskonalać programy i przyśpieszać komputery, powinno się postępować odwrotnie, komplikować je do niemożliwości, aż będą prawie bezużyteczne, bo wtedy cierpiący artyści wreszcie wykrzeszą coś z siebie? W jakimś sensie dzieje się to już wokół nas, bo ostatnie wersje programów Adobe i Macromedia są znowu bardziej złożone niż zeszłoroczne i wymagają dodatkowej nauki. Któregoś dnia nikt już nie będzie ich w stanie używać i wtedy staną się bezcenne, bo nikt nie potrafi zdefiniować, co też można nimi wykonać. Mam wrażenie, że dzień taki jest blisko.


Zobacz również