Pirates of the Caribbean

Tak wygląda gra, którą zdradzono i wydano na tortury. Kat łamał ją kołem zębatym machiny komercyjnej. Dlaczego? Gdy nie wiadomo, kto zawinił, zawsze podejrzenie pada na konsole.

Tak wygląda gra, którą zdradzono i wydano na tortury. Kat łamał ją kołem zębatym machiny komercyjnej. Dlaczego? Gdy nie wiadomo, kto zawinił, zawsze podejrzenie pada na konsole.

Jeszcze kilka miesięcy temu studio Akella pracowało nad Sea Dogs II - kontynuacją udanego morskiego RPG. W marcu tego roku projekt oficjalnie zawieszono, ogłaszając zarazem początek prac nad Piratami z Karaibów. Skąd takie kombinacje, zamiast zwykłej zmiany tytułu? Zaraz wszystko stanie się jasne.

Klątwa z Hollywood

Pirates of the Caribbean nawiązuje do amerykańskiego filmu o tym samym tytule. Ta wysoko-budżetowa produkcja właśnie wchodzi na ekrany polskich kin. Wydawca gry - Bethesda stwierdził, że filmowa licencja zwiększy sprzedaż gry, tak jak miało to miejsce w przypadku innych filmowych inspiracji, choćby Enter the Matrix, i kazał zmienić tytuł gry. Komercyjne zagranie twórcy z Akelli musieli opłacić zmianami w scenariuszu. Korsarskie przygody zmieniły się w bajkową opowieść o przeklętym okręcie widmie - Czarnej Perle. A wszystko po to, aby sprzedać grę pod szyldem filmu.

Jeden za wszystkich, wszyscy na jednego

Porty to ulubione miejsce drobnych handlarzy. W ich kramach kupisz lepszą broń, nową lunetę i magiczne miksturki.

Porty to ulubione miejsce drobnych handlarzy. W ich kramach kupisz lepszą broń, nową lunetę i magiczne miksturki.

Zabawa rozpoczyna się podobnie jak w pierwszych Sea Dogs. Zostajesz kapitanem małego okrętu i szukasz przygód wśród wysp fikcyjnego karaibskiego archipelagu. Tradycyjnie już rejon ten jest areną walk między europejskimi potęgami kolonialnymi. Anglicy, Francuzi i Hiszpanie bawią się w prywatne wojenki, zajazdy, zdrady i napady. Tym razem rolę złych odgrywają Francuzi, którzy podstępnie zajmują angielską kolonię. Twój statek jest jedynym, któremu udaje się wymknąć z oblężonego portu. Spieszysz z donosem do gubernatora sąsiedniej wyspy, a ów w nagrodę mianuje cię wiernym sługą brytyjskiej Korony. Nie sposób odmówić takiego zaszczytu, alternatywą jest bowiem ciemny i cuchnący loszek w tutejszej fortecy.

W Pirates of the Caribbean nie masz, niestety, opcji wyboru mocodawcy. Zapomnij o swobodzie, którą upajałeś się w pierwszej części gry! Pociesz się tym, że gubernator wielce ci ufa i powierza najważniejsze misje. Dowód? Masz nie tylko wzmocnić pozycję Brytyjczyków, ale także... pomóc w zabezpieczeniu prywatnych interesów angielskiego lorda.

Ta część przygód powstała zapewne jeszcze na potrzeby Sea Dogs II. Motywy z Pirates of the Caraibben pojawiają się dopiero po ukończeniu początkowych misji.

Skąd tu Cortez?

Twoja flotylla może się składać maksymalnie z czterech okrętów. Nazwy statków wymyślasz sam. Niby drobiazg, a jak cieszy!

Twoja flotylla może się składać maksymalnie z czterech okrętów. Nazwy statków wymyślasz sam. Niby drobiazg, a jak cieszy!

Gra nie jest więc wierną adaptacją filmu, a jedynie czerpie z niego kilka wątków. Najważniejszym jest legenda o Czarnej Perle - okręcie, którego załoga została przeklęta i zmieniona w żywe trupy. Piraci - szkielety dobrze czują się w nowym wcieleniu i, korzystając z nieśmiertelności, sieją postrach w całym archipelagu. Przede wszystkim zaś poszukują złotych monet zrabowanych ongiś przez samego Hermana Corteza. Po co im monety? Tego dowiesz się, oglądając film.

Historia opowiedziana w grze jest ciekawa. Dokładnie oddaje klimat pirackich opowieści i ma kilka kapitalnych zwrotów akcji. Choć rozgrywa się według ściśle zaplanowanego scenariusza, to sam wybierasz wątek, który zamierzasz rozwijać.

Kto zdradził?

Przygoda zapowiada się świetnie, ale co z rozgrywką? Co z morskimi bitwami, szermierką, handlem i morskimi wyprawami, które były ciekawym smaczkiem w pierwszej części. Najpierw wyjaśnijmy jedną rzecz. Otóż Pirates of the Caribbean powstało zarówno na PC, jak i na X-boxa. A właściwie to grę zrobiono na X-boxa, a przy okazji powstała również wersja na PC. Taka jest bowiem brutalna prawda, a zarazem przyczyna wszystkich słabych punktów Piratów z Karaibów.

Gra ma być szybka, łatwa i przyjemna. Stąd, gdyby porównać ją z Sea Dogs, można dojść do wniosku, że nowa odsłona jest barwniejsza, bardziej zręcznościowa i zarazem znacznie mniej rozbudowana. Zacznijmy jednak po kolei...

Ocean w wannie

W trakcie morskich wypraw ćwiczysz sprint i uniki. Te dwa statki oznaczają toczącą się bitwę. Warto się dołączyć, bo gdzie dwóch się bije. Uważaj jednak, by nie trafić na sztorm - jeśli masz mały statek, czeka cię pewna śmierć.

W trakcie morskich wypraw ćwiczysz sprint i uniki. Te dwa statki oznaczają toczącą się bitwę. Warto się dołączyć, bo gdzie dwóch się bije. Uważaj jednak, by nie trafić na sztorm - jeśli masz mały statek, czeka cię pewna śmierć.

Pływanie po morzach i oceanach przypomina prostą zręcznościówkę. Twój okręt znajduje się na środku ekranu i sunie po trójwymiarowej mapie, którą swobodnie obracasz. Masz też opcję płynnego przybliżania i oddalania kamery widzenia. Radzę jednak spoglądać na okolicę z daleka, bo dzięki temu, po pierwsze, nie zgubisz się na morzu, po drugie, unikniesz oglądania z bliska statków przypominających ręcznie strugane, jarmarczne pamiątki znad morza.

W każdym bądź razie twój okręcik śmiga od wyspy do wyspy, manewrując pomiędzy kręcącymi się wokół flotyllami innych stateczków. Widzisz, pod jaką banderą płynie mijana eskadra, ale nie znasz jej liczebności. Wrogie statki, w których polu widzenia się znajdziesz, natychmiast ruszają w pościg. Jeśli chcesz uniknąć walki, szybkim slalomem dopadasz do najbliższej wysepki.

A nie jest to wcale trudne, bo w Pirates of the Caribbean wszędzie jest blisko. Sam archipelag jest maciupki i składa się zaledwie z ośmiu wysp. Z jednego krańca mapy na drugi da się przepłynąć w minutę. To zaleta? Raczej możesz się poczuć, jakbyś pływał w wannie.

Piorunujące wrażenia

W zbliżeniu twój okręcik wygląda jak tandetna pamiątka wyciągnięta z butelki.

W zbliżeniu twój okręcik wygląda jak tandetna pamiątka wyciągnięta z butelki.

Na szczęście, w każdej chwili możesz przełączyć się z mapy na widok okrętu. Tu oddychasz świeżym powietrzem i zachwycasz się widokami. Bezkresny ocean ciągnie się aż po horyzont, zza którego regularnie wschodzi słońce. Cykl dnia i nocy, a także warunki pogodowe sprawiają, że czujesz się jak na prawdziwym morzu. Czekają cię więc romantyczne zachody słońca, noce przy blasku księżyca, a także groźne sztormy, podczas których woda zalewa pokład, a trzask piorunów przyprawia o dreszcze.

Okręty prezentują się efektownie. Z daleka rozróżnisz, z jaką jednostką masz do czynienia. Proste dłubanki wyglądają niczym mrówki przy majestatycznych karawelach. Gdy okręt kołysze się na falach, marynarze dzielnie biegają po pokładzie, wypełniając twe polecenia. Każesz im podnosić i opuszczać żagle oraz odpalać armaty. Właśnie przy tym widoku rozstrzygasz bitwy morskie.

Chcę Sea Dogs II!

W Pirates of the Caribbean da się grać, ale im dłużej przyglądam się tej grze, tym wyraźniej dostrzegam zło, jakie wyrządziła jej X-boxowa wersja. Jest tu wiele ciekawych rozwiązań, które po dodaniu do Sea Dogs mogły zaowocować prawdziwą perełką. A tak mamy jedynie czarną perłę oklejoną grubą warstwą komercyjno-konsolowego błota. Pozostała mi tylko cicha nadzieja, że może chłopcy z Akella wydadzą kiedyś Sea Dogs II stworzone wyłącznie z myślą o PC. Bez uproszczeń i kompromisów morskie psy pokażą swój prawdziwy potencjał i odzyskają szacunek w okolicznych tawernach.

Piotr "Delanov" Nowakowski

Przykład gry Pirates of the Caribbean pokazuje, jak różni się podejście autorów gier do tytułów wydawanych na PC oraz konsole wszelkiej maści i autoramentu. Zazwyczaj tytuły wydawane na konsole mają uproszczoną fabułę i podrasowaną grafikę.

I, niestety, Pirates jest znacznie mniej rozbudowane pod względem scenariusza niż Sea Dogs. Jednak mimo to gra podoba mi się. Może odzywa się we mnie sentyment do Pirates i poprzedniej części, jednak rozgrywka jest przyjemna, a malownicze archipelagi oferują całe godziny doskonałej zabawy, w której przeszkadza tylko... sterowanie.

Jacek L. Komuda


Zobacz również