Pisanie na ścianie

Kto z Czytelników w dzieciństwie nie smarował ścian okolicznych domów napisami w rodzaju: ''Józek jest głupi'', niech podniesie rękę?

Kto z Czytelników w dzieciństwie nie smarował ścian okolicznych domów napisami w rodzaju: ''Józek jest głupi'', niech podniesie rękę?

Nie widzę lasu rąk i myślę, że te przejawy dziecięcej twórczości, choć szpecące niewątpliwie nasze otoczenie, były i będą świetnym wstępem do ujawniania tego, co nam w duszy gra. Czasami może być wstępem do poważnej działalności politycznej, jak to się przydarzyło w pokoleniu wzrastającym w stanie wojennym, albo też do kariery plastyka, co bywa i dziś wśród robiących graffiti. Potem już jest na ogół prosto: komputer, zestawy programów graficznych, typografia i Bóg wie co jeszcze nam technologia ułatwi.

Tymczasem nawet w naszym piśmie zapominamy o tej drugiej stronie smarowania ścian. O tekście. Zapominamy, bo w dzisiejszych czasach zastosowanie komputera do pisania jest czymś tak oczywistym, jak użycie noża do krojenia chleba, a łyżeczki do mieszania cukru w herbacie. Znam jednak ludzi, którzy notorycznie odrywają kawałki chleba z bochenka, herbatę zaś mieszają widelcem. Tak też można, choć nieortodoksyjne podejście do sztućców raczej nie spotka się z aprobatą dobrze wychowanej ciotki, którą pozdrawiając chcę przy okazji zapewnić, że herbata mieszana nożem smakuje znacznie lepiej niż nie mieszana w ogóle! Dla osób piszących komputer to jednak wybawienie. Muszę się przyznać, że mego pierwszego Macintosha kupiłem nie dlatego że był ładny czy sprawny (miał mały ekran i okropny sraczkowaty kolor), tylko dlatego że można było na nim pisać w sposób przypominający skład drukarski, to znaczy z wyrównywaniem prawego marginesu i nie wymagało to skomplikowanych zabiegów. W tamtych zamierzchłych czasach połowy lat 80. na większości komputerów pisało się w fontach ekranowych o stałej szerokości znaku, zaś formatowanie wprowadzało się w postaci tak zwanych tagów, czyli dziwacznych znaczków, które komputer rozumiał, zaś piszący mniej.

Notabene do dziś istnieje spora grupa ludzi, która takie pisanie podniosła niemalże do statusu religii, w każdym razie wszelkie inne sposoby formatowania tekstu uważając za prymitywne. Myślę tu o używających program TeX, nieraz do tak egzotycznych zadań jak skład zapisu muzycznego. Ale nawet oni przyzwyczaili się do tego, co stanowiło podstawowy argument w moim wyborze Maca, czyli dziś już zapomniany skrót WYSIWYG. Zapomniany, bo praktycznie nie ma już programów, które nie stosowałyby w miarę wiernego przedstawienia na ekranie tworzonego tekstu. Znam wybitnego polskiego prozaika, który swoje powieści, a w szczególności dialogi w nich, składa od razu w czcionkach i wielkościach takich, jakie będzie widział czytelnik. Na moje zdziwienie, czy warto, odpowiedział, że przecież nie chce, aby dialog, który ma być żywy, zajmował więcej niż jedną linijkę. Można powiedzieć, że dla tego autora już na wczesnym etapie tworzenia tekstu ważna jest forma końcowa i jej oddziaływanie na odbiorcę.

Znam też wybitnego poetę, który swoje wiersze drukuje dla znajomych w fontach, które są zbliżone w nastroju do przesłania tekstu. Dlatego też ma olbrzymią kolekcję krojów z różnych wytwórni, zawsze pod ręką, aby wiernie przedstawić, co pomyśli głowa. Swoją drogą, jaka szkoda, że nie ma specjalnych programów do pisania wierszy, a przecież przydałyby się. Nie sądzę, że dla współczesnych komputerów byłoby zbyt skomplikowane zaprogramowanie automatycznego podpowiadania rymów - przecież w elektronicznych słownikach i tak wszystko zapamiętane jest w postaci sylab, więc zamiast szukać po początkach, należałoby po końcówkach. Taki tezaurus na odwyrtkę.

Jest zresztą więcej programów do pisania, które już istnieją, a które nie pojawiają się na łamach prasy komputerowej w przeglądach nowości, bo stosowane są przez bardzo ograniczoną grupę autorów. Myślę tu o programach scenariuszowych. Kiedyś wydawało mi się, że stary poczciwy MS Word może dobrze służyć zarówno do pisania scenariusza, jak i potem scenopisu. A jednak program, który podobno może wszystko, nie potrafi formatować tekstu w dwu równoległych szpaltach, które przelewają się między stronami, nie zaś między sobą na jednej stronie. Potrafią taką sztuczkę specjalizowane programy scenopisowe, zadowalając reżyserów oraz producentów filmowych.

Jest wreszcie cała odrębna dziedzina programów, rozpoznających słowo mówione, ręcznie pisane oraz drukowane. To ostatnie służy nie tylko plagiatorom, ale przede wszystkim piszącym prace naukowe, w których trzeba obficie cytować cudze pisanie. Coraz więcej komputerów potrafi rozpoznawać pisanie na specjalnej płytce albo i wręcz na ekranie. Mówienie do komputera jest szczególnie popularne wśród posiadających ręce nadwerężone przez nieergonomiczne klawiatury. Sam ciągle piszę tylko dwoma palcami, pomimo wielokrotnych prób uczenia się na specjalnych programach pisania dziesięciopalcowego. Ale nie robię błędów, czyli literówek.

Bo tak naprawdę w każdym procesie tworzenia, niezależnie czy jest to pisanie, malowanie, rysowanie lub rzeźbienie, nieważne są narzędzia tylko pomysły, które pojawiają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Na przykład nie wiem, dlaczego dziś zdecydowałem się napisać o wspomaganiu procesu pisania. Może dlatego że czasami i ja podlegam syndromowi białej kartki, która oczywiście na komputerze wcale nie musi być biała, bo w ogóle jej nie ma. Ale to już jest temat na zupełnie inną historię.


Zobacz również