Pomoc znowu w modzie

Przedstawiciele rządów państw z grupy G8 spotkali się 24 kwietnia w Paryżu aby debatować nad pomocą dla najuboższych krajów. Czy rzeczywiście można uczynić ją bardziej efektywną? – pyta The Economist.

Podpisywanie czeków było zazwyczaj dla zamożnych państw relatywnie bezbolesnym sposobem na pozbycie się poczucia winy wobec ubogich sąsiadów. Podczas zimnej wojny pomoc była również pożytecznym narzędziem polityki zagranicznej – pozwalającym na trzymanie po swojej stronie ubogich lecz ważnych strategicznie krajów. Ostatnio pomoc rzadko bywała najważniejszym tematem międzynarodowych szczytów: liderzy najbogatszych państw świata, zrzeszonych w grupie G8, mieli bardziej palące tematy. Jednak teraz dyskusja o pomocy jest stałym elementem spotkań G8 i temat ten będzie niewątpliwie poruszany podczas czerwcowego szczytu w Evian. Zaś ministrowie G8 zebrali się 24 kwietnia w Paryżu, aby przygotować grunt.

Na powrót popularności tematu pomocy złożyło się kilka czynników. Po pierwsze zadziałała opinia publiczna, wspomagana wyjątkowo skutecznym lobbingiem grup nacisku, zwłaszcza w zakresie redukcji długów najbiedniejszych państw. Kolejnym czynnikiem jest nowy ład po zimnej wojnie: upadek sowieckiego imperium pozbawił zależne od ZSRR kraje rozwijające się pomocy czy wręcz poczucia jakiejkolwiek przynależności społecznej i ekonomicznej. Poza tym politycy zdali sobie sprawę, że bezpieczeństwo i dobrobyt na świecie zależą od całości światowej gospodarki – pozwolenie biednym krajom na pozostanie daleko w tyle jest po prostu bardzo niebezpieczne.

Jednym z efektów ogólnego zainteresowania pomocą jest mnogość spotkań na szczycie, mnożenie się nowych organizacji i opinii. Niestety związek między ilością czasu spędzoną na dyskusjach o zagranicznej pomocy na forach międzynarodowych a redukcją ubóstwa pozostaje zazwyczaj niewielki. Najpierw były Millenium Development Goals, przyjęte przez ONZ w 2000 r. Tytułowe cele to powszechna edukacja na szczeblu podstawowym i znacząca redukcja globalnego ubóstwa do 2015 roku. W 2002 roku odbyły się dwa wielkie szczyty: w Monterrey i w Johannesburgu – rezultatem obydwu były porozumienia bogatych państw – donatorów.

Podstawowym i delikatnym zagadnieniem jest teraz jak sprawić, żeby pomoc rzeczywiście działała. Kwoty, które asygnują bogate kraje są spore – miliardy USD rocznie, ale na tle dobrobytu państw wysokouprzemysłowionych wcale nie jest to tak dużo. W 2002 roku oficjalna pomoc od najhojniejszych państw wynosiła średnio 0,23% ich przychodu krajowego brutto. W Monterrey ustalono, że odsetek ten wzrośnie do 0,26% do 2006 roku. Jednak wielkie słowa wypowiadane na międzynarodowych spotkaniach często nie mają pokrycia w gotówce, a państwa, które udzielają pomocy coraz częściej podkreślają, że muszą mieć pewność, iż kraje obdarowywane użyją tych pieniędzy w sposób mądry. Z kolei państwa, które pomoc otrzymują twierdzą, że zarzut, iż marnują pieniądze ma odwrócić uwagę od skąpstwa donatorów.

Jednocześnie ubogie kraje powinny wziąć większą odpowiedzialność za swoje własne problemy i kierować pomoc rzeczywiście tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Badania przeprowadzone przez Bank Światowy pokazały, że pomoc może być przydatna w redukowaniu ubóstwa, jedynie jeśli skierowana jest do krajów, które mają rozwinięty system zarządzania gospodarką i instytucje rządowe. Respektowanie zasad prawa, wewnętrzny program gospodarczy zmierzający do redukcji ubóstwa, walka z korupcją – to wszystko sprawia, że pomoc zagraniczna przynosi rezultaty.

Tezę tę potwierdzają wyniki badania przeprowadzonego w ubiegłym roku przez brytyjskie organizacje pozarządowe zajmujące się pomocą (NGOs). Wynika z nich, że największą przeszkodą w skutecznym działaniu pomocy zagranicznej jest w ubogich krajach korupcja. Ważne jest również, aby pomoc była dostosowana do lokalnych warunków. A niedawny raport o efektywności australijskiego programu pomocy podkreśla konieczność lepszej koordynacji działań pomiędzy poszczególnymi rządami.

I mimo, że bogate kraje coraz chętniej wskazują na konieczność walki z ubóstwem i zwiększania pomocy, same nie zmniejszają biurokratycznej machiny towarzyszącej tej pomocy. Na przykład fundusze z tzw. Millenium Challenge będą administrowane przez specjalnie utworzoną, nową agencję (a nie np. US Agency of International Development).

Natomiast państwa, które pomoc otrzymują zaczęły akceptować potrzebę brania odpowiedzialności za zarządzanie gospodarką. Utworzona w zeszłym roku organizacja New Partnership for Africa’s Development (NEPAD) formalnie przerzuciła główny ciężar rozwiązywania problemów Czarnego Lądu na poszczególne afrykańskie rządy, które mają współpracować na partnerskich zasadach z państwami udzielającymi pomocy. Jednak jak podsumowuje The Economist, czas przyjąć do wiadomości, że pomoc międzynarodowa musi być efektywna od początku do końca, czas więc przejść od słów do czynów.

Na podstawie artykułu z The Economist „The great aid debate”, opublikowanego 23 kwietnia 2003 r.


Zobacz również