Postęp wstecz

Poniedziałek, 12 maja 2003, 07:08 AM ET; Urzędnik rządowy uwięziony w samochodzie na skutek awarii komputera; BANGKOK (Reuters) - Pracownicy ochrony młotami kowalskimi wybijali otwór w rządowej limuzynie, aby ratować tajlandzkiego ministra finansów po awarii komputera pokładowego w jego samochodzie.

Poniedziałek, 12 maja 2003, 07:08 AM ET; Urzędnik rządowy uwięziony w samochodzie na skutek awarii komputera; BANGKOK (Reuters) - Pracownicy ochrony młotami kowalskimi wybijali otwór w rządowej limuzynie, aby ratować tajlandzkiego ministra finansów po awarii komputera pokładowego w jego samochodzie.

Jak poinformowały władze, Suchart Jaovisidha i jego kierowca przez ponad 10 minut byli uwięzieni w środku BMW, zanim ochroniarzom udało się wybić szybę. Wszystkie drzwi i okna zostały automatycznie zablokowane po awarii komputera. Wyłączona została także klimatyzacja.

"Przez 10 minut ledwie mogliśmy oddychać" - powiedział Suchart dziennikarzom. "Dużo czasu upłynęło, nim wartownicy zrozumieli, że naprawdę chcemy tylko wybić szybę, bo jedynie w ten sposób mogliśmy wydostać się na zewnątrz.

To było bolesne doświadczenie".

Długi cytat to dobry początek każdego felietonu.

Wierszówka cyka, a autor nie musi się męczyć.

(Gdyby jednak jakiemuś bezdusznemu księgowemu przyszedł do głowy pomysł, aby przyciąć mi honorarium, proszę wziąć pod uwagę wysiłek, jaki włożyłem w znalezienie tak smakowitego cytatu, tudzież jego tłumaczenie.

Koledzy z Reutersa - pozdrowienia! - nie wiedzieć czemu, uparcie trzymają się angielskiego). Jednak dobrze dobrany cytat to podstawa do wyprowadzenia zaskakujących wniosków. Należy tylko zachować pewien umiar, to znaczy nie przesadzać z cytatami. Dlatego muszę się powstrzymać przed przytoczeniem kolejnej depeszy Reutersa zatytułowanej "Technologia Microsoftu wspiera innowacyjny system telematyczny BMW iDrive". Taki dobór cytatów (tu BMW i tu BMW, tu spieprzone, a tu Microsoft) sprowadziłby mnie niechybnie na intelektualne manowce i znowu waliłbym w Microsoft jak w bęben, co dla Szanownych Czytelników mogłoby się okazać nużące. Nawet truskawki mogą się przejeść.

Tym bardziej że takie wnioski byłyby ewidentnym nadużyciem. Microsoft oferuje wprawdzie na rynku motoryzacyjnym chyba tyle samo produktów, co dla biur, a wśród jego odbiorów poza BMW są także Citro‘n, Fiat, Honda, Mitsubishi, Subaru, Toyota i Volvo, jednak BMW korzysta z oprogramowania Microsoftu tylko w systemach nawigacyjnych. Tak więc przygoda ministra z Tajlandii

nie ma z Windowsami nic wspólnego. Przy okazji należałoby wręcz Microsoft pochwalić, bo wszyscy wymienieni powyżej producenci oferują zacne auta, a sam Suchart o systemie nawigacyjnym w swoim BMW złego słowa nie powiedział.

Przygoda ministra uświadomiła mi jednak, jak zwodne jest poczucie postępu w informatyce. Komputery, i te na biurko, i te montowane w samochodach stają się coraz silniejsze i co za tym idzie coraz bardziej złożone. Rośnie też stopień skomplikowania programów.

Każda kolejna wersja dowolnej praktycznie aplikacji może więcej, ale też jest - licząc w liniach kodu - dłuższa niż poprzednia, więc siłą rzeczy musi też zawierać więcej błędów. Postęp sprowadza się do tego, że komputery mogą więcej niż kiedyś, ale nie stają się ani trochę bardziej niezawodne. Wręcz przeciwnie, chyba każdego przynajmniej czasami dopada wrażenie, że komputer używany pięć czy dziesięć lat temu pracował stabilniej niż cacko, które od niedawna stoi na biurku.

A co dzieje się z cenami? Oczywiście, relatywnie są coraz niższe, ale zakup komputera to ciągle poważny wydatek.

Dlatego zaczęło mi się marzyć, jak dobrze by było, gdyby branża komputerowa zaczęła się rozwijać na dwa sposoby, a więc obok komputerów coraz silniejszych pojawiały się również komputery słabsze, ale niezawodne i w dodatku tanie. Przeciętny użytkownik nie jest w stanie wykorzystać rosnącej liczby funkcji Worda, Photoshopa czy choćby programu pocztowego. Gdyby to policzyć, mogłoby się okazać, że większość z nas ogranicza się do 10 czy 20 proc. dostępnych funkcji, nie odczuwając wcale większego komfortu pracy na nowym, silniejszym komputerze, bo jego moc zostaje skutecznie skonsumowana przez 80 czy 90 proc. funkcji z punktu widzenia użytkownika bezużytecznych.

Ogromną popularnością ciszą się stale komputery określane refurbished, czyli modele starsze, używane, które po gruntownym sprawdzeniu i odświeżeniu oferowane są najczęściej przez niewielkie firmy, ale czasami również przez uznanych dealerów. Szkoda, że na ten pomysł nie wpadł żaden z producentów. Gdyby zaoferować komputer o osiągach takich samych, jak przed kilku laty, jedynie bardziej dopracowany i stabilniejszy, pewnie nie zabrakłoby chętnych.

Ci, którzy sami przyznają, że potrzebują komputera o funkcjach maszyny do pisania, byliby w siódmym niebie. Ich zysk miałby też postać bardzo wymierną. Ten sam komputer tłuczony gdzieś na Tajwanie od pięciu lat kosztowałby ułamek ceny nowoczesnej stacji.

Już widzę nowego PowerBooka 190 za 300 zł.

Może BMW też by potaniało.


Zobacz również