Projekt klienta czy klient projektu?

Kiedy robimy coś dla siebie - czy to rysujemy obrazek zapamiętany w młodości, czy też przerabiamy mieszkanie, bo się nam podoba otwarta przestrzeń - efekt naszych poczynań mniej lub bardziej, ale odpowiada naszym wyobrażeniom. Praca na komputerze pozwala znacząco przeciągnąć etap projektowania.

Kiedy robimy coś dla siebie - czy to rysujemy obrazek zapamiętany w młodości, czy też przerabiamy mieszkanie, bo się nam podoba otwarta przestrzeń - efekt naszych poczynań mniej lub bardziej, ale odpowiada naszym wyobrażeniom. Praca na komputerze pozwala znacząco przeciągnąć etap projektowania.

Jeśli na przykład, co akurat zdarzyło mi się niedawno, montujemy kawałki wakacyjnego filmiku, to poprawki możemy wprowadzać aż do znudzenia, bo odbiorca jest jednocześnie klientem i cierpliwie poczeka na efekt końcowy, zawsze znajdując usprawiedliwienie dla swego lenistwa. Wprowadzane poprawki powstają, że tak powiem, u źródła i dlatego nie stoją w sprzeczności z interesem projektanta, czyli nas samych.

Sytuacja zmienia się jednak radykalnie, gdy wykonujemy jakiekolwiek zadanie projektowe dla osoby drugiej. Już w najwcześniejszej fazie, czyli w czasie określania zarysu oczekiwanych efektów ("chciałbym mieć ładny domek letni", "zrób mi kilka zdjęć na plaży", "czy mógłbyś udokumentować stan mieszkania przed wprowadzeniem się lokatorów"), następuje nieunikniona kolizja pomiędzy wyobraźnią osoby zamawiającej a zdolnościami wczuwania się w cudzą skórę osoby przyjmującej zamówienie. Dobrze jeśli projekt może być poprawiany, wtedy stracimy tylko dużo czasu, robiąc kolejne zdjęcia, kręcąc gigabajty taśmy lub pisząc po raz dziesiąty hasło reklamowe. Brak wyobraźni u klienta jest w tym przypadku zwykle podstawową przeszkodą, czemu zresztą trudno się dziwić, bo na przykład kupujący obraz nie musi umieć malować, aby mu się on podobał.

Musi jednak umieć określić, co mu się podoba.

Pół biedy, jeśli klient jest osobą o niskim stopniu zadufania. Prawdopodobnie już pierwsze szkice projektu spodobają mu się i pozwolą bez problemu przebrnąć dalsze fazy realizacji. Niestety, jak uczy życie, takich klientów-mecenasów już nie ma. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy każdy wydający pieniądze, często zresztą nie swoje, uważa się za półboga, który umie wszystko i wie wszystko. Trzymanie kasy zmienia ludzi tym bardziej, im są bardziej puści wewnętrznie. Dobrze pamiętam lekcję pokory, jakiej udzielił mi pewien grafik, któremu zwierzyłem się, że nie wiem, czy ogonek, który właśnie robię, jest dobry. Zaśmiał się i powitał mnie w klubie twórców. Albowiem każda twórczość zaczyna się w momencie, gdy człowiek ma wątpliwości, czy to co robi jest dobre.

Otóż większość klientów, szczególnie w branży reklamowej, nie ma takich wątpliwości. Czasami rzeczywiście badania rynku wykazują, że koślawy obrazek i niegramatyczne hasło lepiej trafią do potencjalnych klientów niż wysmakowana grafika z subtelnym podtekstem. Statystyka jednak jest nieubłagana - większość ludzi jest zawsze bardziej prymitywna, niż się nam to wydaje, bo nie ma ograniczenia braku wyobraźni od dołu ani ujemnej głupoty, zaś średnia jest zawyżana przez geniuszy. Zresztą w zderzeniu możliwości twórczych artysty oraz laika zawsze można zauważyć antynomię. Choć artystą się tylko bywa, zaś laikiem jest się cały czas, to jednak to bywanie poprzedzone jest zwykle studiami, zarówno na uczelni, jak i w zaciszu pracowni. Jak to dobrze ujął mój znajomy - ostatecznie po coś ludzie płacą niebagatelne sumy za studia artystyczne. Płacą, bo chcą się czegoś nauczyć. Tymczasem klient na ogół nie rozumie, że w szkole uczą nie tylko kolorów i nut, ale także ich świadomego umieszczania w czasie i przestrzeni.

W konfrontacji klienta z twórcą komputer odegrał bardzo nieciekawą rolę. Otóż większość prac wykonanych na komputerze można bez specjalnych kłopotów zmodyfikować, ba, może to zrobić osoba całkowicie nie mająca pojęcia co robi, byle tylko potrafiła kliknąć myszą tu i ówdzie. Dobrym przykładem są strony internetowe. Każdy posiadacz najprostszego darmowego programu może obecnie modyfikować cudzy kod HTML, zmieniać kolory, przesuwać elementy, tworzyć chaos informacyjny. Nic więc dziwnego, że w Internecie tyle jest potworków, kakofonii, obracających się i migających napisów, tak mało zaś elegancji.

Bo elegancja to zwykle prostota, której nie należy mylić z prostactwem. Niestety, klient, który może sam "poprawić" projekt, nie zastanawia się, dlaczego coś zostało tak, a nie inaczej zrobione.

W rezultacie "projektowanie przez klienta" objawia się brakiem dyscypliny wewnętrznej, brakiem logiki oraz sprzecznościami. Ostatecznie projektantowi nie płaci się za machanie pędzlem, tylko za myślenie.

Kiedyś życie artysty było łatwiejsze, bo nauczenie się technologii trwało wystarczająco długo, aby zniechęcić amatora. Dziś skomputeryzowanie wszystkich właściwie rodzajów twórczości, włączając malarstwo, grafikę, muzykę oraz film, spowodowało, że każdy chętny może próbować tworzyć na własnym biurku. Jeśli ma cierpliwość i czas, to pewnie nauczy się przynajmniej poprawności, która na co dzień wystarcza.

Zrozumie też, że przypadkowe przesuwanie obrazków, zmiany kolorów lub dodanie tła muzycznego nie jest najlepszym sposobem na osiągnięcie dobrego efektu końcowego. Gorzej, jeśli pozorna łatwość użycia komputera przekona szefa, że skoro ma władzę, to potrafi i może zastąpić fachowca. Być może nie jest przypadkiem, że prawdziwie profesjonalne programy graficzne, muzyczne czy też do obróbki wideo są skomplikowane, bo stanowią naturalną barierę przed ingerencją profanów. Niestety, podejrzewam, że pomimo tego utrudnienia coraz częściej będziemy mieli do czynienia z projektowaniem przez klienta, a skutki tego będzie, niestety, oglądało coraz więcej ludzi. Ostatecznie, czym różni się Big Brother od opery mydlanej, poza aktorami-amatorami, którzy sami sobie piszą tekst? Kamerę też mogą wziąć do ręki, będzie pełna Dogma.


Zobacz również