Proroctwa

Tekst w gazecie ma być napisany tak interesująco, żeby już od pierwszych linijek zaciekawić czytelnika. Oczywiście, gazeta komputerowa niczym się tu nie różni od normalnej, tyle że chwytów poniżej pasa może być więcej.

Tekst w gazecie ma być napisany tak interesująco, żeby już od pierwszych linijek zaciekawić czytelnika. Oczywiście, gazeta komputerowa niczym się tu nie różni od normalnej, tyle że chwytów poniżej pasa może być więcej.

Są oczywiście wyjątki. Kiedy wszyscy czekają na wiadomości z Apple Expo, tekst o tym na dobrą sprawę może się zaczynać nawet od: "Sięgając do rdzenia Schopenhauerowskiej teorii bytu i równocześnie pamiętając o imperatywach codzienności...". Proszę mi nie mówić, że takich tekstów nie znacie, Drodzy Czytelnicy.

No dobrze, a teraz do rzeczy. Jak napisać tekst, by od razu się na niego Czytelnicy rzucili, a może jeszcze potem jakoś zareagowali?

Można tak, jak od paru lat pisuje prasa PC o Apple'u. "Czy Apple upadnie?", "Kto kupi Apple'a?" "Śmierć kolosa na glinianych nogach"... itd. Taki tytuł ma oczywiście sporo zalet: czytelnicy świata PC przeczytają tekst z mało ukrywaną satysfakcją, a użytkownicy Maców z bijącym sercem. Ma ten tytuł jednak pewne wady: na przykład, by piszącemu nie było co miesiąc coraz bardziej głupio, firma Apple Computer powinna wreszcie upaść, bo inaczej człowiek wychodzi na idiotę albo - jak to mawia moja babcia - robi sobie z gęby zadek. Tymczasem firma Apple ma się świetnie (w każdym razie w chwili gdy to piszę), choć oczywiście nigdy już nie będzie tak, jak w słodkich latach osiemdziesiątych, kiedy ludzie płacili po osiem tysięcy dolarów za komputer, byle tylko miał jabłuszko na obudowie.

(Dygresja: niedawno odwiedziłem firmę komputerową mocną na rynku PC. Kupiłem trzy monitory. "Może by i to pan jeszcze wziął, bo nam zawadza, a pana Maki interesują?" - zapytał szef i wskazał stosik komputerów. Były to właściwie kompletne Macintoshe IIcx i IIsi. Jak dawali za darmo, to wziąłem. Potem policzyłem w domu - według cen sprzed 10 lat ta sterta była warta przeszło 70 tysięcy dolarów. Dziś nikomu nawet nie chciało się wyrzucić ich do zmielenia na granulat).

Oczywiście, kłania się stara zasada prasowa, że najlepsze wiadomości to złe wiadomości. I znów zastanawiam się, gdzie leży granica bezwstydu. Zresztą w dziedzinie komputerów chyba nie ma takich pojęć.

Kiedy pierwsze Maczki pojawiły się wraz z interfejsem graficznym oraz myszą, pewien dziś wybitny Krajowy Autorytet Informatyczny, siedząc przed czarnym monitorem z mrugającymi zielonymi literkami zaśmiał się złowrogo i zapytał mnie: "Na co to komu, skoro wpisanie komendy z linii poleceń jest takie proste?". Potem jeszcze co jakiś czas czytałem np.: "To się nie przyjmie, skoro jest to pamięć upośledzona i da się tylko odczytywać dane, a zapisać już nie" (to o CD-ROM-ach).

Przypomniało mi się to przy okazji mijającej właśnie drugiej rocznicy pojawienia się w Polsce pierwszych iMaców, które witano dosyć podobnie: że "mydelniczka", że "tajwański walkman" i że katastrofa, bo nie ma "oddzielnego bloku klawiszy kursorów" oraz "brak mu stacji dyskietek, by można to nazwać profesjonalnym komputerem".

Pożartowałem sobie trochę, a teraz ostatni przykład, jak można zgrabnie przyciągnąć uwagę świata i zupełnie nic nie musi z tego wynikać. Pamiętacie, Drodzy Czytelnicy, spotkanie Grupy G-7 na Okinawie (z powodu udziału Rosji zwanej czasem dla żartu Grupą G-8)? Odbyło się to parę tygodni temu, a na zakończenie Bill Clinton powiedział coś, co trafiło na czołówki gazet. Otóż, Grupa G-7 ma czynnie wesprzeć rozwój Internetu na świecie. Po takiej zapowiedzi już miałem przed oczyma bohaterskich boys konfigurujących Della pod ogniem erytrejskiej partyzantki czy wieśniaków w Bangladeszu, jak stoją na zalanych polach i wyłapują Hewletty-Packardy zrzucane na spadochronach przez herkulesy. Okazało się jednak, że chodzi właśnie o nas. O Polskę! Nie wyłącznie! Także o Brazylię, Argentynę, Czechy, Słowację, Koreę Południową i innych tego typu zacofańców. Poważny amerykański Ex-Im Bank, tamtejsza rządowa agenda, zapowiedział, że... będzie można się ubiegać o kredyty. Nie, nie żadne darowizny, tylko kredyty. W dodatku nie wszyscy, tylko wiarygodne samorządy. Wiarygodnych samorządów w Polsce znalazł Ex-Im Bank cztery: Wrocław, Kraków, Łódź i Szczecin.

Tak się akurat składa, że w tych miastach mają dosyć pieniędzy, a i miejskie serwisy internetowe działają już całkiem dobrze, nie widzą więc powodu, żeby wspierać amerykański eksport (bo pieniądze z amerykańskiego kredytu można przeznaczyć tylko na zakupy w USA). Trochę się zdziwili, kiedy dzwoniłem do nich ze szczęśliwą wiadomością, bo im ta jałmużna raczej niepotrzebna. Ale jakie to pocieszające: Amerykanie sądzą, że my nie jesteśmy przesadnie obecni w Internecie, bo nam komputerów i technologii brakuje! Cała ich "pomoc" jest więc nawet funta kłaków niewarta, chyba że podzielimy ją między obywateli, żeby mieli z czego rachunki za Internet do TPSA płacić.

I oczywiście za parę miesięcy jeden mędrek z drugim mogą napisać na czołówce Wall Street Journal, że Polacy odtrącili pomocną dłoń, albo że naród żyjący nad Wisłą nie potrzebuje Internetu. I nic z tego nie wyniknie, bo teksty czasem się pisze po to, żeby udowodnić jakąś tezę, czasem po to, by komuś dołożyć, a czasem tylko po to, żeby w gazecie nie było pustej kartki.

Autor jest dziennikarzem katowickiej "Trybuny Śląskiej", animatorem spotkań MacWarsztaty i najbardziej złośliwym korespondentem listy dyskusyjnej "Szarlotka".


Zobacz również