Radość z fotografowania

Zbliżają się wakacje. Kompletujemy potrzebny sprzęt - oczywiście nie może zabraknąć aparatu fotograficznego. Czas podjąć decyzję, czy w tym roku wozimy worki rolek filmu, czy może poręczny aparat cyfrowy...

Zbliżają się wakacje. Kompletujemy potrzebny sprzęt - oczywiście nie może zabraknąć aparatu fotograficznego. Czas podjąć decyzję, czy w tym roku wozimy worki rolek filmu, czy może poręczny aparat cyfrowy...

Aparaty cyfrowe wydają sie wciąż drogie, bilans zysków i strat przeważa jednak na korzyść cyfrówki. Oprócz ewidentnej oszczędności na filmach dostajemy do ręki potężne narzędzie dla fotoamatora zmieniające zupełnie jego nawyki. Najważniejszą zaletą aparatu cyfrowego jest możliwość natychmiastowego obejrzenia efektów. Teraz, gdy mamy aparat cyfrowy, zawsze możemy sprawdzić, czy nie trzeba powtórzyć fotografii z powodu np. głupiego błędu typu palec w obiektywie. Pozwala to na bieżąco korygować błędy, a co za tym idzie poprawiać własną technikę fotografowania. Drugą zaletą jest rozkoszna rozrzutność, na jaką mogli sobie pozwolić jedynie ludzie profesjonalnie zajmujący się fotografią. Przywieźć 500 zdjęć z wakacji? Kto sobie na to może pozwolić? Jedynie właściciel aparatu cyfrowego, ponieważ zdjęcia do momentu zamówienia odbitki nic go nie kosztują. Reasumując, naprawdę warto kupić aparat cyfrowy. Jeśli czerpiemy radość z robienia zdjęć, takie urządzenie podniesie ją co najmniej do kwadratu. Lecz przed zakupem warto wiedzieć, co jest czym w aparacie.

Wojna na megapiksele

Podstawowym parametrem określającym jakość aparatu cyfrowego jest rozdzielczość elementu światłoczułego. Wyraża się ją w milionach punktów, czyli właśnie w megapikselach. Można uznać, że im więcej punktów, tym lepsze zdjęcia robi nasz aparat. Niestety, wraz ze wzrostem rozdzielczości rośnie cena aparatu. Z drugiej strony urządzenia używane mają całkiem atrakcyjne ceny, ale też mniej megapikseli. Pojawiają się także nowe aparaty, bardzo tanie, ale z małymi matrycami. Co wybrać i jak wybierać?

Musimy odpowiedzieć na pytanie, co będziemy robić ze zdjęciami? Czy przeniesiemy je na papier, a jeśli tak to w jakiej technologii?

Jeśli poprzestaniemy na formie elektronicznej, czyli będziemy oglądać zdjęcia na ekranie komputera lub telewizora, to w zasadzie aparat z 2 mln pkt. jest aż za dobry - niewiele monitorów komputerowych jest w stanie wyświetlić tak duży obraz, nie mówiąc już o telewizorach.

Jeśli przenosić zdjęcia na papier fotograficzny, trzeba sobie odpowiedzieć, jaki format zdjęć robimy. Niemal każdemu fotografowi marzą się wielkie odbitki wieszane na ścianach galerii, ale i tak wszystkie zdjęcia lądują w albumie w formie zdjęć pocztówkowych. Jeśli przez ostatnie dwa lata nie zrobiliśmy żadnego powiększenia, warto poświęcić potencjalną możliwość wykonania dużej odbitki na rzecz ceny aparatu? Bo tutaj znów 2 mln pikseli oferują bardzo dobrą jakość niezależnie od techniki druku.

Zaraz, zaraz! Krzyknie w tym miejscu fanatyczny badacz pisma. Przecież 2 mln pikseli, czyli mniej więcej 1600 x 1200 pkt. na odbitce 15 x 10, daje rozdzielczość ledwie 266 pikseli na cal, a ma być 300! Wartość 300 pikseli na cal (dpi) krąży jak mit wśród fotografów amatorów. Jeśli jednak używamy odbitek zgodnie z ich przeznaczeniem, to znaczy oglądamy normalnie, a nie pod lupą, zaręczamy, że 99% śmiertelników nie zauważy różnicy między 200 a 300 dpi. Co więcej, im większa odbitka, tym mniejsza może być jej rozdzielczość, bo z reguły duże zdjęcia oglądamy z dużej odległości. Ta sama zasada obowiązuje przy robieniu odbitek i tak większe zdjęcia zadowalają się rozdzielczością 150 pkt. na cal. Co to oznacza w praktyce? Że zdjęcie o rozdzielczości 2 mln pkt. można spokojnie odbijać do rozmiarów 13 x 18 cm, a z 4 mln pikseli wyjdzie odbitka 25 x 36 cm, czyli naprawdę duża.

Zamieszanie z pamięciami

Rolę filmu w aparatach cyfrowych pełni karta pamięci. Na szczęście, karty w przeciwieństwie do filmów są wielokrotnego użytku. Niestety, na razie jesteśmy świadkami wojny standardów pamięci i trudno wskazać zdecydowanego zwycięzcę. I tak Sony forsuje swoje Memory Stick, Panasonic - karty Secure Digital, a Olympus niedawno wprowadził na rynek karty x-D. Te ostatnie miały być najtańszymi kartami na rynku, ale zapowiedzi się nie sprawdzają. Najtańsze są karty Smart Media, które jednak powoli wychodzą z użycia. Za nimi są Compact Flash, które od dawna są jednym z najbardziej ekonomicznych rozwiązań.

Co ta różnorodność oznacza dla klienta? Nic specjalnego. Warto po prostu pamiętać, że jeśli wybierzemy aparat z drogimi kartami, to w przyszłości będziemy wydawać więcej pieniędzy nie tylko na karty, ale również na akcesoria do ich obsługi, np. zewnętrzne czytniki do komputera.

Długość szkła

"Szkłem" fotografowie nazywają obiektyw aparatu. Charakteryzują go dwa parametry, zwane jasnością i ogniskową. Jasność z grubsza rzecz biorąc to parametr określający, jak dużo światła przedostaje się przez obiektyw. Wielkość jest wyskalowana w tzw. stopniach przysłony. Nie warto tłumaczyć wszystkich zawiłości związanych z jasnością obiektywu i przesłoną. Jedyne, co warto zapamiętać, to im większa liczba określająca przesłonę, tym mniej światła trafia przez obiektyw, ale tym samym obraz jest lepszy. Z kolei minimalna wartość przesłony określa jasność, a tym samym klasę obiektywu - im mniejsza, tym lepiej. Obiektywy o jasności 1:4 to standard, 1:1,8 do 1:2,8 to bardzo dobre szkła, a konstrukcji 1:1 jest tylko kilka na świecie.

Drugim parametrem jest ogniskowa obiektywu. Definicja tej wartości też jest skomplikowana i nie warto zaprzątać sobie nią głowy. Tu warto pamiętać, że ogniskowa określa kąt widzenia obiektywu, a tym samym jego "powiększenie". Im większa ogniskowa, tym mniejszy kąt widzenia, a więc obiektyw zbliża obserwowane obiekty, i na odwrót. W aparatach cyfrowych najczęściej spotykane są obiektywy zmiennoogniskowe (nazywa się je też zoom).

Po co w ogóle zmieniać ogniskową? Wbrew pozorom nie chodzi tylko o to, że gdy mamy obiektyw zoom, to nie musimy chodzić, gdy chcemy przekomponować obraz. Zmiana długości ogniskowej obiektywu ma trochę dalej idące konsekwencje, z których warto zdawać sobie sprawę. Otóż, zmiana kąta widzenia obiektywu sprawia, iż obraz ma trochę inne proporcje. Gdy kąt ten jest duży (obiektyw szerokokątny), obraz ma bardzo agresywne skróty perspektywiczne. Obiekty na pierwszym planie są mocno wyeksponowane, a tło ucieka. Również obraz ma dużą głębię ostrości, czyli strefę, w której fotografowane obiekty nie są rozmazane. W efekcie najlepiej w ten sposób robi się typowo wycieczkowe zdjęcia typu "ja na tle Luwru".

Gdy z kolei kąt widzenia jest mały, skróty perspektywiczne są małe i fotografowana scena robi się "płaska". Poza tym takie obiektywy mają małą głębię ostrości. To bardzo przydaje się w przypadku zdjęć portretowych. Mniejsze skróty perspektywiczne sprawiają, że twarz wygląda bardziej naturalnie. Mała głębia ostrości natomiast sprawia, że tło, na którym robiliśmy portret, jest rozmazane, więc nie przyciąga niepotrzebnie uwagi. Oczywiście, obiektywy z długą ogniskową pozwalają również na fotografowanie z dużej odległości. Wykorzystywane jest to przez fotografów łowiących płochliwą zwierzynę, czyli ptaki, dzikie zwierzęta i gwiazdy filmowe.

Kiedy obiektyw jest szerokokątny, a kiedy długoogniskowy? W przypadku aparatów cyfrowych to bardzo trudne pytanie. Przyjmuje się, że gdy długość ogniskowej obiektywu równa jest długości przekątnej kadru, to obiektyw rysuje obraz "naturalnie", czyli tak jak inny przyrząd optyczny, którym jest nasze oko. Do niedawna w fotografii obowiązywały jasno określone reguły. Gdy w świecie fotografii królowały filmy małoobrazkowe, wiadomo było, że obiektywy szerokokątne to takie, które mają ogniskową krótszą niż 45 mm, a długoogniskowe - powyżej 70 mm. Ponieważ wielkość kadru fotograficznego była wspólna dla wszystkich aparatów, fotografowie wiedzieli, czego się spodziewać po obiektywie.

Niestety, gdy na rynku pojawiły się aparaty cyfrowe, zapanowała totalna anarchia. To dlatego że elementy światłoczułe w aparatach mają różne rozmiary. Na przykład obiektyw 7,1-21,3 mm w aparacie Canon S50 odpowiada obiektywowi 35-105 mm zainstalowanemu w tradycyjnym aparacie fotograficznym na film 35 mm. Ten sam obiektyw 7,1-21,3 zainstalowany (gdyby istniał) w Canonie EOS 10D, byłby odpowiednikiem szkła 11-34 mm, tradycyjnego aparatu (ultraszeroki kąt). Jak sobie z tym poradzić? Należy za każdym razem przeliczać ogniskową na ekwiwalent tradycyjnego aparatu. Mało to eleganckie, ale skuteczne.

Skąd prąd

Zasilanie aparatu cyfrowego to poważny problem dla konstruktorów, zważywszy na ilość elektroniki włożonej do takiego urządzenia. Obecnie prym wiodą różnego rodzaju akumulatory. Tańsze aparaty, z mniejszymi matrycami zadowalają się akumulatorami w formie baterii R6 (AA). Dają one niższe napięcie niż baterie - 1,2 V, zamiast 1,5 V, ale za to oferują dużą pojemność i co ważniejsze są bardzo ekonomiczne. Osiem akumulatorów i ładowarka to wydatek rzędu 200 zł. Ponieważ aparaty używają czterech baterii, połowa kompletu może zasilać nasze urządzenie, a druga połowa w tym czasie spokojnie doładowywać się w ładowarce. Gdy w podbramkowej sytuacji zabraknie nam prądu w akumulatorach, zawsze możemy ratować się zwykłymi bateriami alkalicznymi. To drogie rozwiązanie, ale za to aparat odzyska ducha w kilka sekund - tyle ile potrzeba na wymianę baterii. A baterie R6 można kupić w każdym kiosku, czyli niemal wszędzie. Oprócz niewątpliwych zalet akumulatory w formie paluszków R6 mają też kilka wad. Pierwszą, chyba najważniejszą jest duża objętość i masa w stosunku do pojemności elektrycznej. Tych wad pozbawione są akumulatory litowo-jonowe, spotykane dziś praktycznie we wszystkich urządzeniach przenośnych. W aparatach fotograficznych z reguły są montowane akumulatory z kamer wideo. Duża pojemność w stosunku do masy jest niestety okupiona wieloma wadami. Po pierwsze, zapasowe akumulatory są dość drogie, ceny dochodzą nawet do absurdalnego poziomu tysiąca złotych za baterię. Po drugie, takie akumulatory są kompatybilne tylko z samymi sobą. Jeśli mamy Nikona, a kolega Olympusa, to nie ma szans, by użyczyć sobie nawzajem prądu. Na dodatek niektóre aparaty są tak skonstruowane, by wymusić zakup dodatkowych (drogich przecież) baterii. Chodzi o ładowarkę. Niektóre aparaty mają wbudowaną ładowarkę - do aparatu podłączamy zasilacz. Inne korzystają z ładowarek zewnętrznych. Co za różnica? Otóż, gdy wyjmiemy baterię z aparatu, staje się on martwy. Jedyną szansą na używanie go w czasie ładowania baterii (choćby przerzucić zdjęcia do komputera) jest zakup dodatkowego akumulatora.

Aparaty z wbudowaną ładowarką mają jeszcze jedną zaletę - można do nich dokupić zewnętrzne źródło zasilania w postaci akumulatorów albo ładować za pomocą ładowarki podłączanej do zapalniczki samochodowej. W tym ostatnim przypadku nie jesteśmy oczywiście skazani na wożenie aparatu w samochodzie. Takie gniazdka mają również dobrze wyposażone jachty na Mazurach.

Co pozostaje - ołówek w dłoń, krótka kalkulacja i odpowiedź na pytanie, co wolimy: wakacje w Grecji i kilka rolek filmów, czy tym razem jedynie Mazury i radość fotografii cyfrowej?...


Zobacz również