Rytuał publicznego mordu

Rozmowa z socjologiem Tomaszem Szlendakiem z Zakładu Badań Kultury Instytutu Socjologii UMK w Toruniu.

Rozmowa z socjologiem Tomaszem Szlendakiem z Zakładu Badań Kultury Instytutu Socjologii UMK w Toruniu.

Czy myśli Pan, że Polacy chcieliby obejrzeć transmisję z celi śmierci Timothy'ego Mc Veigha?

Polacy nie różnią się od innych nacji euroamerykańskich tak mocno, żeby nie chcieć oglądać egzekucji zbrodniarza na żywo. Politycy w demokracji często zapominają, że społeczeństwa nazywane przez nas tradycyjnymi inaczej niż my postrzegały karę za zbrodnię. Nie miała ona na celu ani resocjalizacji złoczyńcy, ani odstraszenia innych potencjalnych bandytów, ale zemstę, symboliczne naprawienie krzywd oraz – co najważniejsze – symboliczny powrót do stanu rzeczy sprzed zbrodni. Zabicie złoczyńcy było zawsze psychoterapią grupową. Dlatego najczęściej usankcjonowany społecznie mord łączył się z publicznym rytuałem. Świat po egzekucji wracał na swoje dawne miejsce. I nie łudźmy się, jak ktoś zabił 160 ludzi za jednym zamachem, to społecznym pragnieniem – nawet w rozwiniętych krajach Europy czy w USA – byłoby dokonanie na nim takiego rytuału. Mnóstwo ludzi, i to niekoniecznie prymitywnych czy emocjonalnie niedorozwiniętych, chciałoby w Polsce taką egzekucję obejrzeć. Ludzie taką już mają społeczną naturę i żadne autorytety nic tutaj nie poradzą.

Jak się Panu wydaje, co mogłoby być najlepszym „straszakiem” dla ludzi takich jak Mc Veigh?

Żeby nastraszyć wszelkiej maści Mc Veighów - pod warunkiem że są to przestępcy będący „produktem” wpływu środowiska i wychowania, a nie wyposażenia genetycznego (np. pedofile-mordercy) - potrzebna jest właściwie jedna rzecz: konsekwencja wymiaru sprawiedliwości. W środowiskach opiniotwórczych panują dwie odmienne teorie na temat działań prawnych, które odstraszyłyby potencjalnych morderców. Jedna mówi, że kara śmierci wykonywana bezlitośnie i najlepiej publicznie straszy bandytów jak mało co. Druga mówi, że wprost przeciwnie: kara śmierci nikogo nie odstrasza. To, co działa skutecznie, to nieuchronność kary i jej szybkie wykonanie. Prawda, w myśl badań, leży dokładnie pośrodku. Ważna jest i odstraszająca wysokość kary, i zarazem jej nieuchronność. Dopiero wtedy, kiedy jakiś Mc Veigh będzie miał pewność, że złapią go po tygodniu, osadzą po dwóch, a powieszą po czterech miesiącach albo zamkną na długie lata bez możliwości jakichkolwiek więziennych urlopów, zastanowi się nad swoim potencjalnym czynem i dokona racjonalnego wyboru.

Obserwowaliśmy w Internecie już takie „kąski”, jak transmisja porodu czterdziestoletniej Amerykanki, poród słonicy z ZOO w Zurichu oraz zabieg zmiany płci. Obecnie mieliśmy obejrzeć egzekucje za pośrednictwem Internetu, do czego ostatecznie nie doszło. Jak Pan się zapatruje na tego typu fenomeny?

Zastanówmy się, co ludzie najchętniej oglądają. To, co ich bezpośrednio dotyczy: śmierć, poród, dłubanie w nosie. I nie mówmy, że sieć czy telewizja epatują widzów ekstremami. To nie są żadne ekstrema, tylko rzeczy, które spotykają w życiu każdego z nas. Tyle, że w sieci możemy to sobie pooglądać w wykonaniu naszych sąsiadów. Ludzi najbardziej interesują inni ludzie, szczególnie w takich sytuacjach, w których i my moglibyśmy się znaleźć (albo jest pewność, że się znajdziemy – każdy przecież umrze). Henryk Sienkiewicz stwierdził kiedyś, że co prawda, nic co ludzkie nie jest nam obce, jednak pewne rzeczy nie są warte literatury. Internetowi i innym mediom elektronicznym, które nie są tylko dla wybranych, ale naprawdę dla mas, do literatury już bardzo daleko. Dlatego wszystkie rzeczy warte są Internetu. I poród, i operacja serca, i egzekucja.

Jaki Pana zdaniem Internet ma wpływ na społeczeństwo?

Można w tym wypadku mówić jedynie o krajach, gdzie dostęp do sieci jest łatwy i tani. Polska zatem przynajmniej na razie nie jest „narażona” na głębokie zmiany kulturowe generowane za pomocą tego medium. Zmiany, które powoduje sieć na świecie są i będą jeszcze bardziej radykalne. Łatwo wyobrazić sobie jak śmieszny będzie Łukaszenka, kiedy na Białorusi dojdzie do ekspansji Internetu. Niczego przecież w sieci nie można zakazać, a już na pewno przepływu kompletnie nie cenzurowanej informacji. Internet będzie w przyszłości – o ile dobrze pójdzie – generatorem rozwoju procedur demokratycznych. Chodzi tu po prostu o to, że za pomocą Internetu w sytuacji, gdy będzie tak powszechny jak telewizja, można będzie głosować w wyborach i rozmaitych referendach. Władza ustawodawcza, która jest przecież naszą reprezentacją, stanie się kompletnie zbyteczna. Z drugiej strony, Internet to kolejny problem dla społeczników walczących z uzależnieniami trapiącymi społeczeństwa zachodnie. Już teraz widać efekty tego uzależnienia. O ile telewizja skupia jednak w jakiś sposób ludzi ze sobą za pomocą rytualnego, rodzinnego jej oglądania, o tyle Internet jest rozrywką czysto indywidualną. Do tego taką, od której nie sposób się oderwać.

Rozmawiała: Anna Meller


Zobacz również